
- WIGILIA -
Daniel od samego rana chodził po firmie jak struty. Wizja wigilii firmowej z nieznanych mu przyczyn paraliżowała go. Wolałby poświęcić ten zmarnowany czas na pracę niż siedzieć z nieudacznikami bez wiedzy i talentu przy jednym stole i udawać, że świetnie się bawi i jest im życzliwy. Nigdy nie był dobry w tych pseudorodzinnych bredniach, a roboty przecież wciąż przybywało.
Rozejrzał się po warsztacie i pokręcił głową. Kiedy zostanie już udziałowcem w firmie, zrobi wszystko, aby pozbyć się tych idiotów i zatrudnić prawdziwych fachowców, którzy może nawet dorównają mu wiedzą i umiejętnościami. Póki co musi wyciskać te cytryny, które ma.
− Adam, te same ruchy tylko trzy razy szybciej – zwrócił się do chłopaka. – No, co się głupio patrzysz? Zapierdalaj. Wigilia jest o siedemnastej, a jeszcze trzeba wszystko przygotować. Musicie skończyć to olejowanie do trzeciej.
− Mógłbyś nam pomóc – burknął Szklarski.
− Co powiedziałeś, bo nie dosłyszałem? – Karaś błyskawicznie znalazł się tuż przed chłopakiem i zmierzył go aroganckim wzrokiem. – Coś ci się nie podoba?
− Tak – odparł Adam. Sam był zaskoczony, że zdobył się na odwagę, aby stawić czoła mężczyźnie.
− To może chcesz to ze mną wyjaśnić na zewnątrz?
Adam odłożył to, co trzymał w rękach i zacisnął pięści. Spojrzał wyzywająco na Daniela.
− Co, palce cię swędzą? Chodź na zewnątrz, to się podrapiemy. – Karaś uśmiechnął się prowokująco. – Wymiękasz? – zapytał po chwili milczenia.
Krystian wraz z Wiktorem wstrzymali oddechy. Napięcie można było ciąć nożem, jak gęsty blok czekoladowy. Obaj, niezależnie od siebie, życzyli chłopakowi, aby się wycofał i odpuścił. Z drugiej strony bardzo byli ciekawi miny Karasia po celnym ciosie Adama w jego pysk.
Napięcie nagle zniknęło z twarzy chłopaka i zastąpił je uśmiech, który po krótkiej chwili przeszedł w chichot.
− Śmiejesz się ze mnie? – Teraz Danielowi podniosło się ciśnienie.
Szklarski nie odpowiedział. Jak gdyby nic się nie stało odwrócił się plecami do Karasia i zabrał do pracy, wciąż chichocząc pod nosem.
Wściekły mężczyzna obrzucił resztę kolegów spojrzeniem życzącym im śmierci, po czym nerwowym krokiem wymaszerował z warsztatu.
– Co to było? – zapytał zupełnie wstrząśnięty Matuszak. Nigdy by nie podejrzewał Adama o tak żelazne nerwy. Sposób, w jaki wyszedł zwycięsko z tego starcia, wzbudził jego respekt.
Chłopak nie odpowiedział, tylko zachichotał i pokręcił głową, jakby czemuś nie dowierzał.
− Czemu się śmiejesz? – zapytał go zupełnie zbity z tropu Aramowicz.
− Mama mnie tego nauczyła – odparł tłumiąc z wysiłkiem śmiech.
− Czego? – zapytali równocześnie Wiktor z Krystianem.
Wyglądali, jakby właśnie odkryli, że ich niepozorny kolega z pracy jest superbohaterem.
− Kiedy ktoś przejmuje kontrolę nad twoimi emocjami i masz nieodpartą ochotę go uderzyć, wyobraź sobie jak stoi w samych tylko różowych slipach, wysmarowany galaretką.
Chłopaki zdębieli. Nie spodziewali się czegoś takiego. Po chwili jednak ich wyobraźnia poszła w ruch i sami zaczęli się śmiać.
− O, kurde. – Krystian otarł łzy, które popłynęły mu z oczu. – Nie znałem tego...
− Gorzej, jak to kogoś podnieca – rzucił niedbale Aramowicz i wszyscy wybuchnęli niekontrolowanym rechotem.
Daniel chodził zły jak osa. Przestał się już w ogóle odzywać do chłopaków. Co jakiś czas rzucał tylko krytyczne albo kpiące spojrzenia w ich stronę samemu udając, że coś robi.
Godziny mijały, a zaolejowanych stopni przybywało dużo wolniej, niż Aramowicz przypuszczał. Już wiedział, że do wyznaczonej przez Karasia godziny na pewno się nie wyrobią z zakończeniem pracy.
− I co będzie? – zapytał niepewnie Matuszaka.
− A co ty się przejmujesz? – odpowiedział pytaniem na pytanie Krystian. – Ręczne olejowanie materiału to żmudny proces i Daniel doskonale o tym wie. Jak nie dzisiaj, to dokończymy po Sylwestrze. Przecież w tym roku schody i tak nie pojadą na montaż – stwierdził tonem fachowca.
O godzinie czternastej Karaś podszedł do ich stanowiska pracy i rozejrzał się pełnym politowania wzrokiem.
− I co? Wyrobicie się w godzinę? – zapytał łagodnym jak baranek tonem.
− Nie ma takiej opcji – odparł Matuszak.
Daniel zrobił smętną minę i pokiwał głową z ubolewaniem. Następnie spojrzał na Szklarskiego i uśmiechnął się do niego wyjątkowo obrzydliwie.
− Adam, pójdziesz teraz w takim razie na socjalny i sam przygotujesz wszystko do wigilii, a twoi koledzy skończą olejowanie – powiedział z satysfakcją.
− Dlaczego ja? – obruszył się chłopak.
− Bo jestem koordynatorem i tak mówię. – Mężczyzna wbił nieustępliwe spojrzenie w młodą buntowniczą twarz. – Jak ci się nie podoba, to idź do Andrzeja i powiedz mu, że nie będziesz pracował. Zobaczymy, w ile sekund cię wypierdoli z roboty – warknął.
Adam nie ruszył się z miejsca. Wciąż mierzył się wzrokiem z Karasiem, aż w pewnym momencie ten uśmiechnął się z wyższością.
− No, na co czekasz? Zapierdalaj.
Chłopak stał w bezruchu przez kolejnych kilka sekund, po czym zdjął ostentacyjnie rękawiczki i cisnął nimi o podłogę.
− Coś ci spadło – zauważył rozbawiony Daniel. – Ale nie przejmuj się, koledzy po tobie posprzątają. A teraz zasuwaj na socjalny pucować wszystko na błysk. – Wskazał na wyjście, jakby szarmancko puszczał Szklarskiego przodem. – Nie zapomnij wyszorować kibla – zawołał jeszcze nim drzwi zatrzasnęły się za chłopakiem. – A wy, co się patrzycie? Olejować, olejować... – Karaś obrócił się na pięcie i ruszył na drugi koniec hali.
Aramowicz wziął głęboki oddech i westchnął przecięgle, jakby ktoś spuścił z niego całe powietrze. W swojej karierze miał do czynienia z wieloma mętami, ale tak złośliwego człowieczka, jak Karaś, jeszcze nigdy nie spotkał.
Około godziny szesnastej Daniel powiedział, że jedzie z Andrzejem odebrać catering i aby się nie opierdalali, bo jak robota nie zostanie skończona w przeciągu godziny, to Andrzej poleci im po wypłacie.
− Dobre sobie – mruknął Krystian, kiedy Karaś wsiadł do samochodu i wraz z Gruszą opuścili firmę. – On myśli, że nie potrafimy liczyć?
− Co masz na myśli? – zapytał Wiktor. Obrócił się, aby zerknąć na stertę pozostałych stopni za ich plecami i pokręcił zniechęcony głową.
− Normalnie robimy do szesnastej, więc równie dobrze już moglibyśmy zostawić to w cholerę i pójść pomóc Adamowi.
− Niby tak – przyznał detektyw – ale wiesz, że Daniel przedstawi to jako naszą niekompetencję.
− To ja wtedy powiem Andrzejowi, że ten chuj nam nie pomagał i nic nie robił w tym czasie.
− Tak... Daniel nic nie robił. Nikt w to nie uwierzy i on doskonale o tym wie, dlatego tak to rozegrał. – Aramowicz spojrzał pobłażliwie na Krystiana. – Spójrzmy prawdzie w oczy – ograł nas. Czego byśmy nie zrobili, i tak wyjdzie na jego – stwierdził smutno.
− Siemano! – W drzwiach od hali stanął Janek.
Wspierał się na dwóch kulach a stopę miał zagipsowaną aż nad kostkę. Nie pozbawiło go to jednak humoru, którym promieniował.
− No, proszę, proszę... Kogóż do nas tutaj przywiało? – Krystian roześmiał się ciepło. – Toż to mości kuternoga we własnej osobie.
− Nie żartuj z weterana wojennego. – Temblak zachichotał i przykuśtykał bliżej chłopaków. – O, widzę olejowanko. No, no...
− A, daj spokój... Daniel nas wrobił w niemożliwe do wykonania zadanie. – Aramowicz opowiedział pokrótce Jankowi, o co poszło.
− O, kuźwa... Zawsze wiedziałem, że to złamas, ale że aż taki? – Chłopak pokręcił głową, po czym przykuśtykał na stanowisko pracy Adama i zakasał rękawy. – Pomogę wam – stwierdził. – Utrzemy nosa temu palantowi.
Chłopaki uśmiechnęli się szeroko i już po kilku minutach pracowali we trójkę z dużo większym zapałem niż przedtem. W przeciągu trzech kwadransów uporali się z resztą stopni. W tym czasie Janek umilał im pracę historyjkami ze szpitala, a właściwie jedną długą historyjką, której główną bohaterką była „cycata pielęgniarka”.
Kiedy następnie poszli się przebrać do pokoju socjalnego, stanęli w wejściu jak wryci. Całe pomieszczenie było sterylnie czyste i pachnące. Brudną ceratę zastąpił papierowy obrus z rolki, na którym leżały równo porozkładane talerze, kubki i sztućce.
− Jak wam się podoba? – zapytał rozparty w krześle Wojciech Pruski.
On, Roman i Robert siedzieli już w czystych ubraniach, wyczekując powrotu Andrzeja z jedzeniem.
− Łał... – wyrwało się z ust Aramowicza. – Nie wiedziałem, że tutaj może być tak... czysto.
− Sam to ogarnąłeś? – zapytał Adama wstrząśnięty Matuszak.
Szklarski roześmiał się na widok min kolegów.
− Gdzie tam... Oni mi pomogli.
− Adam nam opowiedział o Danielu, który was rozdzielił, aby żadna robota nie była skończona, więc postanowiliśmy zagrać temu dupkowi na nosie.
− Długo już tutaj jesteście?
− Przyjechaliśmy chwilę przed ich wyjazdem. Ale za robotę się złapaliśmy, jak już ich nie było. Niech Daniel myśli, że Adam sam to ogarnął.
− Debil jeden... – Robert chciał w odruchu splunąć na podłogę, ale powstrzymał się. – Myśli, że wszystko mu wolno.
− O wilku mowa. – Roman usłyszał silnik auta na placu i skinął głową na drzwi.
Nim wszyscy zdążyli się przebrać w czyste ubrania, do pokoju wparował Karaś, niosąc pudło pełne jedzenia.
− I co tam, Adam? – zapytał wesoło z progu. – Dużo ci jeszcze zos... – Nie dokończył. Zamiast tego rozglądał się oniemiały po całym pomieszczeniu.
− Już dawno skończyłem. – Chłopak bezczelnie szczerzył do niego zęby znad stołu.
Aramowicz uśmiechnął się półgębkiem i zapiął dżinsy. Następnie założył buty, wyjął z plecaka dużą zaklejoną kopertę i usiadł do stołu.
W tym samym momencie wszedł Andrzej, dźwigając drugi karton z jedzeniem, a za nim jego starszy brat ze zgrzewką najtańszej oranżady.
Rozłożenie na stole ledwo już ciepłych pseudowigilijnych potraw zajęło więcej czasu, niż można było przypuszczać. Nie obyło się bez przepychanek i kłótni o to, gdzie mają spocząć najlepsze kąski w styropianowych pojemnikach i ciasta na tekturowych tackach. Karaś kręcił nosem na rybę, którą postawiono naprzeciwko niego, ale nie było już innego miejsca, więc nikt go nawet nie słuchał.
W końcu, kiedy wszystko było już gotowe, cały zespół zasiadł za stołem. Waldemar połamał opłatek i rozdał każdemu po kawałku. Kiedy Andrzej uznał, że wszyscy już są przygotowani, wstał z krzesła i rozpoczął, jak co roku, przemówienie.
− Dla niektórych z nas jest to ostatnia wigilia spędzona w tak licznym gronie – powiedział powoli. – Dlatego w pewien sposób jest wyjątkowa.
„Żebyś wiedział” – pomyślał Aramowicz bezwiednie zaciskając palce na kopercie.
− Chciałbym podziękować wszystkim, a w szczególności Wojtkowi, za ten rok, który nie był łatwy, przyznaję. Trafiliśmy na kilka mielizn i raf koralowych, ale udało nam się uniknąć roztrzaskania o skały. Przed nami ponownie otwarte morze, więc zastanów się jeszcze – zwrócił się teraz bezpośrednio do Pruskiego – czy na pewno chcesz opuścić pokład.
Mężczyzna uśmiechnął się kwaśno, ale nic nie odpowiedział. Nie chciał psuć tej fałszywie doniosłej chwili.
− Mam nadzieję – kontynuował Andrzej – że przyszły rok będzie dla nas wszystkich inspirujący i owocny. – Wzniósł swój kubek z oranżadą, a za nim wszyscy pozostali. – Życzę wam wszystkim...
− Mogę coś powiedzieć? – przerwał nieśmiało Aramowicz.
Wszyscy spojrzeli na niego zaskoczeni. Daniel siedzący wraz z Andrzejem i Waldemarem na przeciwko detektywa zaniepokoił się lekko. Był jednak gotów odpierać wszelkie żale i skargi na swoją osobę, jakie ten zapewne chciał skierować do Gruszy.
− Śmiało – zachęcił go szef, po czym sam usiadł zaintrygowany.
Wiktor wstał powoli z miejsca i uśmiechnął się jowialnie.
− Kiedy się tutaj zatrudniałem, nie wiedziałem, co mnie czeka. Czy podołam tej pracy? Czy sprawdzę się w oczach nowych kolegów? Na szczęście trafiłem na fajną ekipę, która jest lojalna i wspiera się w kryzysowych sytuacjach. – Tutaj Aramowicz nie mógł się powstrzymać i spojrzał Danielowi głęboko w oczy. – Nie wszyscy są w stanie to docenić. – Ten uciekł wzrokiem w bok. – Chciałbym z tego miejsca podziękować za daną mi szansę i wręczyć mały upominek założycielowi tej firmy. – Wyciągnął rękę z kopertą w stronę Gruszy. – Wesołych Świąt, panie Waldemarze.
Mężczyzna zrobił zaskoczoną minę, ale chętnie sięgnął po prezent.
− No, ciekawe, co dostałeś – zaśmiał się Andrzej.
− Łapówkę – rzucił ktoś rozbawiony.
Waldemar rozerwał zaklejoną kopertę i sięgnął po jej zawartość. Błądzący gdzieś po jego twarzy niewyraźny uśmiech w mgnieniu oka zniknął. Cała twarz mu stężała, a usta zacisnęły się w wąską kreskę.
− No, pokaż, co tam dostałeś – poprosił zaintrygowany Andrzej i bezceremonialnie wyrwał z ręki starszego brata wyciągnięte z koperty zdjęcie.
Przedstawiało Waldemara, który stoi przy wejściu do firmy wraz z Katarzyną Gruszą. W rękach trzymali papierosy i wyglądało, jakby o czymś rozmawiali.
− Co to... Co to jest? – zapytał zupełnie zdezorientowany Grusza. – Co to ma być? – powtórzył pytanie, jednak tym razem skierował je bezpośrednio do starszego brata.
Waldemar milczał. Siedział w bezruchu ze wzrokiem wbitym w papierowy obrus na stole.
− Zrobiono tę fotografię w dniu śmierci twojej żony – wyjaśnił spokojnie Aramowicz.
Po tych słowach, jak na komendę, wszyscy wsparli się na stole próbując zapuścić żurawia, aby zobaczyć, co takiego przedstawia zdjęcie, które Andrzej trzymał.
Ten roześmiał się zmieszany i powiódł wzrokiem po wszystkich obecnych.
− Przecież to jest jakiś dowcip – stwierdził wesoło. – Prawda, Waldek? – Spojrzał na wciąż tkwiącego w stuporze Gruszę. – Powiedz, że to żart – wypalił niespodziewanie agresywnym tonem. Trzymał teraz fotografię tuż przed twarzą starszego brata. – Słyszysz?
Grusza milczał. Nie chciał nawet zerknąć drugi raz na zdjęcie. W końcu spojrzał na Andrzeja pełnym winy wzrokiem.
− Co mam ci powiedzieć? − zapytał grobowym głosem.
− To, że tego nie zrobiłeś – niemal wykrzyczał mężczyzna. – Nie ty. – Załamał ręce. – Spodziewałbym się tego po Robercie albo Danielu... Ale nie po tobie. Nie ty, kurwa...
− Ja nie mam z tym nic wspólnego – zaperzył się Karaś. – Nie mieszajcie mnie w te dramy.
Wiktor spojrzał na niego i uśmiechnął się łagodnie.
− No, to akurat nie jest prawda – powiedział.
Andrzej nagle jakby otrzeźwiał z emocji. Wbił wzrok w Aramowicza, bo to przecież on wręczył jego bratu to przeklęte zdjęcie. Skąd je miał?
− Kim ty w ogóle jesteś? – zapytał poruszony. – Kto to, kurwa, jest? – zwrócił się podniesionym głosem do pozostałych.
Nikt jednak nie miał odwagi, aby się odezwać. Wszyscy byli wstrząśnięci przebiegiem tak wyczekiwanej firmowej imprezy.
− Nazywam się Wiktor Aramowicz i jestem prywatnym detektywem – przedstawił się uprzejmie mężczyzna. – Zostałem wynajęty przez rodzinę zamordowanej Katarzyny Gruszy, aby ujawnić sprawcę, co właśnie uczyniłem.
Wszyscy zamarli. Z rozdziawionymi ustami i wybałuszonymi oczami przyglądali się emanującemu nadzwyczajnym spokojem i pewnością siebie mężczyźnie, z którym pracowali, śmiali się i złorzeczyli. Teraz wydawał im się zupełnie obcy. Z osłupienia wyrwał ich dźwięk zbliżających się syren policyjnych.
Karaś zerwał się z miejsca i zaczął przedzierać do drzwi.
− Szkoda nóg – zapewnił go Aramowicz. – Już to stamtąd zabrałem.
Daniel obrócił się jeszcze bardziej spłoszony i spojrzał na detektywa. W jego oczach czaił się strach wymieszany z niedowierzaniem. Pierwszą myślą, jaka mu przyszła do głowy, było, że mężczyzna blefuje, jednak nie potrafił znaleźć żadnego argumentu, który by za tym przemawiał.
− Trzeba było się tego pozbyć, tak jak mówiłeś. – Słowa Aramowicza były dla Karasia jak ostatni gwóźdź do trumny.
Kiedy pierwsi policjanci wparowali do pomieszczenia, Andrzej odgrażał się właśnie Wiktorowi.
− Wypierdalaj z mojej firmy! – krzyczał. – Słyszysz, parszywy gnoju?
Mundurowi błyskawicznie położyli dłonie na kaburach, ale Aramowicz uspokoił ich gestem ręki. Wstał z miejsca, zabrał swoje rzeczy i bez słowa opuścił budynek.
Błysk policyjnych syren w połączeniu z delikatnie prószącym śniegiem sprawiał wrażenie, jakby wszędzie w powietrzu unosiły się drobinki szkła.
Detektyw otworzył samochód i wrzucił do środka torbę z ubraniami roboczymi. Następnie oparł się plecami o zamknięte już drzwi pasażera i zapalił papierosa. Ciepły dym, który wypełnił jego płuca, sprawił, że aż jęknął z zadowolenia. Długo na to czekał. Pomimo że od dawna nie palił, nie był łapczywy. Zaciągał się dymem powoli i z namaszczeniem, chcąc smakować tę chwilę, jak spotkanie ze starym przyjacielem.
Kilka minut potem w drzwiach wejściowych pojawił się skuty kajdankami Waldemar Grusza wraz z prowadzącym go do radiowozu policjantem. Zaraz za nim podążał kolejny. Daniel, który szedł przed nim, również zakuty w kajdanki, był biały jak ściana. Na ten widok jeden kącik ust Aramowicza uniósł się w delikatnej satysfakcji.
Po chwili za zatrzymanymi, jak poparzony, wybiegł z firmy Andrzej Grusza.
− Waldek – wołał do posadzonego w jednym z radiowozów brata – nic się nie martw. Zaraz zadzwonię do Staszka, on wszystko ogarnie. Słyszysz? Będzie dobrze. Waldek...
Ostatnią rzeczą jaką Wiktor miał przyjemność oglądać, był pełen nadziei wzrok Karasia skierowany na Andrzeja. Gasnącej nadziei, bo mężczyzna był już zwrócony do niego plecami i wchodził właśnie z powrotem do budynku firmy.
Kiedy błyskające na niebiesko auta opuściły w końcu plac, do detektywa podszedł dochodzeniowiec kierujący całą akcją zatrzymania. Oparł się o samochód obok Wiktora i również zapalił papierosa.
− Dobra – powiedział po dłuższej chwili. – To teraz mi wszystko wyjaśnij – poprosił.
Aramowicz spojrzał na niego szczerze zaskoczony.
− Przecież wysłałem ci wszystkie szczegóły w mailu – zdziwił się.
Mężczyzna uśmiechnął się krzywo.
− Od rana działam w terenie – powiedział. – Nie miałem kiedy tego czytać. – Zaciągnął się papierosem, a kiedy wydmuchiwał dym, zaczął się śmiać. – Ciesz się, że znalazłem czas, aby skrzyknąć chłopaków i tutaj podjechać.
Wiktor pokręcił głową. Zupełnie go to nie bawiło.
− Przestań się boczyć jak pannica i mów, co tu się wydarzyło, bo bez tego nakażą mi ich wypuścić.
Aramowicz cisnął niedopałek w śnieg i zdusił go z satysfakcją butem.
− Nie znam wszystkich szczegółów, ale wiem z grubsza, jak to się potoczyło.
− Zamieniam się w słuch – zapewnił go policjant.
− W dniu śmierci Katarzyny Gruszy Waldemar spotkał się z nią tutaj i ją zamordował.
Śledczy spojrzał na detektywa spode łba. Przeżuł w ustach słowa, nim je wypowiedział na głos.
− Wiesz, Aramowicz, ja ciebie bardzo cenię. Masz dobrą opinię w branży i nie sprawiasz tylu kłopotów, co twoi koledzy po fachu, ale stary Grusza ma żelazne alibi. Mamy nagrania z monitoringu, na których widać jak przyjeżdża do szpitala i zeznania świadków, którzy potwierdzają jego obecność na oddziale, gdzie leżała jego żona. Więc jeśli nie posiada daru bilokacji, to jutro o tej porze będę się tłumaczył przed przełożonymi, dlaczego zatrzymałem niewinnego człowieka. – Mężczyzna splunął w śnieg, jakby chciał podkreślić wagę ostatnich słów.
− Tutaj właśnie dochodzimy do najważniejszego aspektu – powiedział Wiktor. – Grusza musiał wszystko zaplanować wcześniej, a to znaczy, że nie była to zbrodnia w afekcie.
Policjant przyjrzał się mężczyźnie skupiając teraz pełną uwagę na słowach, które niechybnie wypłyną zaraz z ust detektywa.
− Waldemar umówił się z Katarzyną Gruszą na spotkanie. Jak ją nakłonił? Nie wiem, ale przypuszczam, że zaoferował jej jakieś brudy na jej męża. Byli w trakcie rozwodu, więc to był dla niej nie lada kąsek. – Detektyw sięgnął do kieszeni płaszcza po kolejnego papierosa. – Rano pojechał autem do szpitala, gdzie leżała jego żona. Wiedział o monitoringu, który zapewni mu alibi. Kiedy miał już pewność, że jego obecność została odnotowana przez szpitalny personel, wydostał się z oddziału, prawdopodobnie przeciwpożarową klatką schodową, i opuścił budynek. – Wiktor podpalił włożonego do ust papierosa i zaciągnął się głęboko gryzącym dymem. – Wezwał taryfę – kontynuował – a nawet bardziej prawdopodobne, że wykorzystał jakąś, która stała przy szpitalu i pojechał na spotkanie z Katarzyną. Wydaje mi się, że na początku faktycznie rozmawiali. Być może Grusza chciał wybadać grunt przed ostatecznie podjętą decyzją.
− Skąd taki wniosek? – zapytał śledczy.
− Pierwszego dnia pracy tutaj znalazłem kilka niedopałków jej papierosów razem z kiepami Waldemara. Stali i rozmawiali, tak jak na zdjęciu, które trzymasz. – Wskazał gestem głowy na fotografię między palcami mężczyzny. – Ale o nim potem. – Ponownie wypełnił płuca dymem. Żar na końcu papierosa rozjarzył się jak pierwsza gwiazdka na niebie w wieczór wigilijny. – Kiedy Waldemar uznał, że nie ma innego wyjścia zwabił ją pod jakimś pretekstem do gazowni. Wepchnął ją tam, zamknął drzwi i zapuścił gaz. Wydaje mi się, że potem wypalił jeszcze z jednego fajka, odpalając go zapalniczką Katarzyny Gruszy. Musiała ją zostawić przy popielniczce. – Aramowicz sięgnął do kieszeni i wyciągnął z niej, zapakowaną w plastikowy woreczek strunowy, jasnozieloną zapalniczkę, którą Daniel dostał od Waldemara. – Ciągle miałem wrażenie, że coś jest nie tak, ale nie potrafiłem stwierdzić o co chodzi. Toczyło to mój umysł jak robak, wyżerając coraz większą dziurę w całości, której nie potrafiłem zapełnić. W końcu udało mi się odnaleźć brakujący element układanki.
− Zapalniczka? – zapytał nieco zbity z tropu gliniarz.
− W aktach jest zdjęcie rzeczy, które denatka miała przy sobie w torebce. Była tam napoczęta paczka papierosów, ale nie było zapalniczki – wyjaśnił detektyw. – Skoro znalazłem, w popielniczce niedopałki jej fajek, to jak je zapaliła?
− Może to była zapalniczka Waldemara? – zaproponował oczywiste rozwiązanie śledczy odpalając kolejnego papierosa.
− Katarzyna Grusza bardzo pedantycznie podchodziła do swojego wyglądu. Rozmawiałem z chłopakami, którzy widywali ją setki razy w firmie. Mówią zgodnie, że zawsze dobierała wszystkie dodatki w jednym kolorze, poczynając od paznokci, a kończąc na futerale telefonu. Kolor zapalniczki idealnie wpisuje się w dodatki, które miała na sobie w dniu śmierci. Należała do niej – stwierdził pełen przekonania.
Oficer śledczy przyjrzał się pretensjonalnej zapalniczce żarowej, jakby rozważał zasadność twierdzenia detektywa.
− No, dobra. – Pokiwał głową. – Ale dlaczego ją w takim razie zabrał? Chciał mieć trofeum?
Aramowicz zaprzeczył.
− Moim zdaniem emocje wzięły górę. Widziałeś w jakim stanie były zwłoki Katarzyny Gruszy. Próbowała się wydostać. Jestem pewien, że dobijała się z wnętrza gazowni i hałasowała. Po włączeniu gazu Waldemar musiał zapalić i nieopatrznie użył do tego jej zapalniczki. Kiedy się zorientował, co zrobił, było już za późno. Nie chciał ryzykować, że znajdziecie choćby fragmentaryczne odciski jego palców, więc zabrał ją ze sobą.
− To ma sens – przyznał mężczyzna. Rzucił jeszcze raz okiem na dowód w plastikowym woreczku, po czym schował go do kieszeni. − A jak opuścił firmę? – zapytał. – Też taksówką?
− Nie. Nie zabrał ze sobą telefonu. Wiedział, że możecie sprawdzić lokalizację jego smartfona w godzinie morderstwa, więc zostawił go w szpitalu.− Masz rację – przyznał gliniarz. – Chłopaki na tej podstawie potwierdzili jego obecność w szpitalu. Ale jak w takim razie...
− Komunikacją miejską – odparł detektyw uprzedzając pytanie. – Spójrz. – Wskazał na oświetloną latarniami drogę przed bramą zakładu stolarskiego. – Po drugiej stronie jest rozległe pole. Za nim biegnie już jedna z głównych ulic, przy której znajduje się przystanek autobusowy. Nie chciał ryzykować, że sąsiadka z nieodległej posesji zauważy, jak mija jej dom, więc przeciął pole, a następnie wsiadł w autobus i wrócił do szpitala – wyjaśnił, po czym przez moment przyglądał się w milczeniu jarzącej się w półmroku placu końcówce swojego papierosa. – Na jego nieszczęście – kontynuował po chwili – mokra ziemia z pola przykleiła mu się do butów. Błoto zaczęło się wykruszać dopiero w szpitalu. Naniósł je na oddział swojej żony, co zostało odnotowane przez personel. Kobieta, z którą rozmawiałem wyraźnie pamięta, że kiedy przyszedł rano zakładał na buty ochraniacze szpitalne. Wydało się więc jej dziwne, że potem je zdjął i nabrudził błotem.
Gliniarz podrapał się po głowie i wbił wzrok w ciemność za bramą wjazdową do firmy.
− Jeśli tak – zaczął zamyślony – to wciąż mogą tam być jakieś ślady – powiedział.
− Pod warstwą śniegu, ale tak – przyznał Aramowicz. – Czeka was żmudna praca – stwierdził. – Jak widzisz, nagrania z przyszpitalnego parkingu przestają mieć już wagę niezbitego dowodu.
Na ostatnie słowo policjant wydobył z kieszeni zapalniczkę i spojrzał pytająco na detektywa.
− No właśnie, a skąd to wziąłeś? – zapytał zaintrygowany.
− Daniel Karaś w jakiś sposób dowiedział się o zbrodni Waldemara. Kiedy wraz z Krystianem znaleźli ciało Katarzyny Gruszy, musiał dostrzec coś, co od razu nasunęło mu na myśl Waldemara. – Wiktor strzepnął popiół z papierosa w śnieg i spojrzał zamyślony w przestrzeń. – Zdziwiła mnie rozbieżność w ich zeznaniach dotycząca stanu jej telefonu. Matuszak twierdził, że był nietknięty, kiedy wchodzili do gazowni, natomiast Karaś obstawał przy tym, że od początku był rozbity. To mi dało do myślenia. Wydaje mi się, że Katarzyna Grusza w przypływie ostatnich chwil świadomości napisała tłustym palcem na ekranie imię Waldemara. Być może tylko kilka pierwszych liter, ale to by wystarczyło, aby nakierować na niego całe śledztwo – wyjaśnił detektyw. – Daniel musiał zobaczyć ten napis i uznał, że to świetna okazja, aby coś na tym zyskać. Próbując zetrzeć go butem roztrzaskał ekran. Od tamtej pory czekał, aż Waldemar pojawi się w firmie, aby zacząć go szantażować. Byłem nawet świadkiem, jak rozmawiali na placu. Nie słyszałem, o czym, ale to, co widziałem, potwierdza moje przypuszczenia. Karaś musiał powiedzieć Waldemarowi, że wie, co zaszło, a kiedy zobaczył zapalniczkę, którą z pewnością widział już nie raz w rękach Katarzyny Gruszy, przycisnął go mocniej. Waldemar obiecał mu jakieś korzyści w zamian za milczenie. Daniel zabrał zapalniczkę, aby ją zniszczyć. Być może obiecał, że wrzuci ją do pieca, ale tego nie zrobił. Chciał mieć gwarancję, a może i dźwignię na Gruszę. To już wy będziecie musieli ustalić. – Mężczyzna zaciągnął się ostatni raz papierosem, po czym posłał niedopałek w miejsce poprzedniego.
− Dobra... ale wciąż nie rozumiem jednego. – Gliniarz rozmasował zmęczony kark i spojrzał na trzymaną w ręku fotografię. – Skąd to masz? Po co ta cała maskarada, skoro jest fizyczny dowód na to, że Waldemara nie było w szpitalu? Kto zrobił to zdjęcie? – zapytał.
− Alex – odparł Aramowicz. – Mój współpracownik. Wczoraj.
− Co? – zdumiał się śledczy.
− To fotomontaż – wyjaśnił detektyw. – Zrobiony na podstawie fotografii, którą znalazłem w biurze. Alex pstryknął wczoraj kilka fot Waldemarowi z ukrycia, kiedy ten rozmawiał z Andrzejem na placu. To lipa. – Uśmiechnął się przebiegle.
− Czyli nie ma żadnej wartości dowodowej? – zapytał zaskoczony policjant.
− Może mieć, jeśli na podstawie tego zdjęcia Waldemar przyzna się do wszystkiego.
− No, liczę na to, że skurczybyk już się z tego nie wywinie. – Gliniarz ponownie splunął w śnieg, tym razem jednak z wyraźną pogardą.
− To zależy już tylko od was – stwierdził Aramowicz. – Dałem wam wystarczająco dużo, abyście to zręcznie poprowadzili do końca. Tutaj moje zadanie się kończy.
− Brakuje mi tylko motywu – powiedział mężczyzna widząc, że Aramowicz wsiadłby już najchętniej w auto i odjechał. Póki jednak jeszcze przy nim stał, chciał go wykorzystać do maksimum.
Detektyw uniósł brwi i obciął wzrokiem śledczego.
− Grusza rozwodził się z Katarzyną, a Waldemar najwyraźniej wiedział o kochance brata. Gdyby ta informacja trafiła do sądu, Andrzej mógłby stracić firmę. A założył ją właśnie Waldemar – wyjaśnił jak dziecku.
− Co ty opowiadasz? – zdziwił się policjant. – Przecież zakład stolarski jest zarejestrowany na Andrzeja.
− Owszem, ale to starszy Grusza go założył i rozwinął. Poświęcił mu najlepsze lata swojego życia i nie chciał, aby wpadł w łapy bratowej.
Oficer pokiwał głową. Nie podobał mu się ton detektywa. Gdyby sam prowadził to śledztwo, z pewnością też by do tego doszedł, ale miał masę innych spraw na głowie. Dobrze było dostać rozwiązanie na srebrnej tacy.
− No, dobra, to chyba wszystko, co potrzebuję wiedzieć na tym etapie – stwierdził. – Przyciśniemy Waldemara i tego Karasia. Zobaczymy, czy będą śpiewać.
− Daniela możecie ścisnąć za jaja, lubi to – zapewnił z satysfakcją detektyw.
− Będziemy w kontakcie. – Śledczy podał rękę Aramowiczowi, po czym wsiadł w samochód i odjechał.
Wiktor stał jeszcze przez chwilę sam, oparty o auto i wpatrywał się w gęsty mrok otulający sękatą gruszę rosnącą obok gazowni. Jej powykręcane gałęzie, niczym ażurowe sklepienie, zamykały się nad kontenerem, gdzie zginęła Katarzyna Grusza. Gdzieś spomiędzy nich wyzierała z mroku para świecących kocich oczu. Wpatrywały się w niego, śledząc bacznie każdy, najmniejszy nawet, ruch.
Detektyw splunął pod nogi, aby pozbyć się nieprzyjemnego smaku po papierosach. Obrócił się i podszedł do drzwi kierowcy. Kiedy wsiadł, spojrzał ostatni raz w stronę budynku firmy. Ku jego zaskoczeniu w drzwiach pojawili się Krystian wraz z Adamem. Kiedy Wiktor odpalił silnik, Szklarski uniósł dłoń w geście pożegnania. Mężczyzna skinął głową i bezceremonialnie wcisnął pedał gazu. Koła zabuksowały na śniegu i samochód wyjechał przez bramę zakładu.
Aramowicz doskonale wiedział, jak spędzi resztę wieczoru. Nadszedł czas, aby nieco podsycić jego seksoholizm. Zadzwoni po Sandrę, aby pomogła mu się rozluźnić i pozbyć emocji po zakończeniu sprawy. Planował rozluźniać się z nią do białego rana.
Nim zdołał dojechać do pierwszej z głównych ulic, zadzwonił telefon. Obcy numer, który się wyświetlił, skłonił go, aby zjechał na pobocze i się zatrzymał.
− Wiktor Aramowicz – powiedział do słuchawki.
− Dobry wieczór... – Niepewny damski głos wydał się mężczyźnie znajomy. – Małgorzata z tej strony. Poznaliśmy się w szpitalu – przypomniała mu kobieta. – Zostawił mi pan swój numer telefonu...
Aramowicz natychmiast przypomniał sobie śliczną recepcjonistkę o zniewalającym uśmiechu i włosach jak ogień.
− Witam – przerwał jej raptownie. – Wie pani, właśnie zamknąłem prowadzone przeze mnie śledztwo, więc jeśli coś ważnego się pani przypomniało, to proszę zgłosić się z tym na policję – polecił jej.
Po drugiej stronie słuchawki zapadła głucha cisza.
− Jest tam pani? – zapytał zaniepokojony detektyw.
− Jestem, jestem – zapewniła kobieta. – Ale dzwonię w innej sprawie.
Detektyw zmarszczył brwi. Nie potrafił zrozumieć, o co może chodzić.
− Jaka to sprawa? – zapytał nieco zaniepokojony, że ledwo zakończył jedno śledztwo, zaraz przyjdzie mu rozpocząć kolejne.
− Chciałam zapytać – zaczęła niepewnie kobieta – czy nie napiłby się pan ze mną kawy? – wydusiła z siebie w końcu.
Ściągnięte brwi Wiktora jak na haczykach powędrowały w górę. Nie stracił jednak rezonu.
− Może być jeszcze dzisiaj? – zapytał nieśmiało, może nawet odrobinę desperacko.
− Kończę zmianę za cztery godziny – odparła wesołym głosem recepcjonistka.
− Świetnie – ucieszył się. − Przyjadę po panią – obiecał, pożegnał się i odłożył telefon.
Siedział przez chwilę pogrążony w myślach, po czym uśmiechnął się szeroko, wrzucił pierwszy bieg i ruszył w kierunku domu. Musiał się solidnie przygotować, bo pierwsze wrażenie na randce robi się tylko raz.