Śmierć pod gruszą

- PIERWSZA CZĘŚĆ PLANU -


Śnieg sypał przez całą noc. Bure ulice miasta przykrył gruby biały puch. Malowniczy aspekt zimy nie znalazł jednak uznania u służb miejskich, które zaangażowały setki pługów i solarek, aby umożliwić mieszkańcom dotarcie rano do pracy. Nocna walka z żywiołem była nierówna. Wciąż nasilająca się śnieżyca niweczyła wszystkie próby doprowadzenia ulic do stanu użyteczności publicznej. Dopiero zorganizowane kolumny pługów i jadących bezpośrednio za nimi posypywarek zaczęły przynosić pożądane efekty. Zepchnięty śnieg zalegał zaspami na chodnikach, placach i parkingach. Nikt się na razie nie przejmował usuwaniem go stamtąd. Najważniejsze było oczyszczenie głównych arterii miasta, aby poranny ruch samochodowy nie sparaliżował stolicy.

Plan powiódł się w trzech czwartych. Pęknięte od mrozu rury spowodowały poważne utrudnienia w kilku dzielnicach. Służby natychmiast ruszyły z odsieczą, jednak zmarznięta ziemia dzielnie stawiała opór koparkom i szpadlom.

W takiej atmosferze ciężko pracujący Warszawiacy ruszyli rano do swoich zajęć. Trudne warunki na drodze i słabe nastroje wśród mieszkańców spotęgowały kolizje aut i środków transportu miejskiego.

Daniel Karaś był prawdopodobnie w nielicznym procencie osób, które na czas dotarły do miejsca swojej pracy. Udało mu się to tylko dlatego, że nie miał oporów w łamaniu przepisów ruchu drogowego i narażaniu postronnych osób. Jak choćby wtedy, kiedy długi korek aut ominął jadąc chodnikiem. Innym razem zrobił sobie skrót przejeżdżając przez park. Wysokie zawieszenie umożliwiało mu także pokonywanie długich odcinków niektórych ulic torami tramwajowymi.

W firmie zjawił się pierwszy. To sprawiło, że zacierał ręce na myśl o spóźnionych kolegach. Każdemu, gdy w końcu się pojawił, wypominał, że przyjechał po czasie. Wszystko skrupulatnie notował w założonym przez siebie zeszycie. Uznał, że w ten sposób pomoże Andrzejowi w dźwignięciu firmy. Pieniądze potrącone za spóźnienia zostaną przeznaczone na rozwój zakładu stolarskiego.

Jako ostatni pojawił się Aramowicz. Karaś przerwał to, co robił, i sięgnął po zeszyt, aby zapisać w nim niemal dwie godziny spóźnienia.

− Masz zegarek? – zapytał, kiedy mężczyzna pojawił się w końcu na hali.

− Sorry, Daniel – przeprosił detektyw. – Nie dość, że te korki, to po drodze złapałem jeszcze gumę i musiałem zmieniać koło – wytłumaczył.

Karaś pokiwał milcząco głową, po czym wskazał na chłopaków uwijających się jak pszczoły po drugiej stronie warsztatu.

− Pokażą ci, co masz robić – powiedział. Nie odrywał krytycznego spojrzenia od Wiktora, który zgodnie z poleceniem ruszył do pracy.

Po chwili wyjrzał za okno i zamyślił się. Wciąż trzymając zeszyt spóźnień wyszedł na plac i skierował kroki do wysłużonego renault Aramowicza. Obszedł je powoli i przyjrzał się dokładnie oponom. Każda z nich miała ten sam zimowy bieżnik. Były też porównywalnie zużyte, a szpilki, którymi przykręcono koła odznaczały się takim samym stopniem zabrudzenia.

Chwilę potem był już w biurze u Andrzeja.

− Wiktor się łaskawie pojawił – oświadczył z progu.

− Słyszałem jak wjeżdżał. – Grusza nie odrywał wzroku od ekranu komputera. Sporządzał kolejną umowę dla klienta. – Takich porannych korków dawno już nie widziałem.

− On kłamie – odparł szybko Daniel.

− Co? – Andrzej podniósł zaskoczony wzrok na stojącego przed nim mężczyznę.

− Wiktor kłamie. Powiedział, że złapał gumę, ale samochód nie ma śladów po zmianie koła.

Grusza nie bardzo wiedział, co powinien zrobić z tą informacją.

− Założyłem zeszyt – powiedział niespodziewanie Karaś i wskazał brulion trzymany w ręku. – Będę zapisywał każde spóźnienie i można im będzie potrącić hajs z wypłaty albo zatrzymać ich po godzinach – oświadczył dumny ze swojego pomysłu.

Andrzej patrzył przez moment nieodgadnionym wzrokiem na pracownika, po czym skinął głową.

− Dobrze – odparł.

Karaś wycofał się z powrotem na korytarz. Spodziewał się większego entuzjazmu ze strony szefa. Nim zdążył zamknąć za sobą drzwi, Grusza zawołał aby zaczekał.

− Powtórz chłopakom, że jutro o siedemnastej urządzamy firmową wigilię. Obecność obowiązkowa. Dzwoniłem już do Janka, też się pojawi.

− Dobra, przekażę. – Karaś zrobił w tył zwrot, ale coś mu się zaraz przypomniało. – Właśnie, twój brat był wczoraj... Powiedział, że przyjedzie, aby z tobą pogadać.

− Tak, wiem, dzwonił już do mnie – zapewnił Grusza. – Ale dzięki za info.

Wiadomość o firmowej wigilii napełniła serca chłopaków entuzjazmem. Pomimo że było to w pełni symboliczne spotkanie przy jednym stole, w trakcie którego wszystkie świąteczne wartości rodzinne pozostawały jedynie frazesami nadrukowanymi na listkach papieru toaletowego, dla większości pracowników był to krótki czas wytchnienia i jakaś namiastka szacunku ze strony ich pracodawcy. Tylko Daniel nie sprawiał wrażenia optymistycznie nastawionego do tego przedsięwzięcia.

− A tego co ugryzło? – zapytał Matuszaka detektyw.

− Jak to, co? Dla niego to niepotrzebny przestój w robocie. Opóźnienie, które po świętach będzie chciał nadgonić – wyjaśnił Krystian.

− Jak dla mnie może tutaj przepracować całe święta – mruknął Adam.

− Zdziwiłbym się, gdyby tego nie zrobił.

Od momentu ogłoszenia firmowej wigilii Karaś zrobił się bardziej nerwowy i zaczął popędzać chłopaków, aby nakładali kolor szybciej, bo w tym tempie do jutra tego nie skończą. To jednak nie zdusiło dobrej nowiny i praca, jak na złość Danielowi, dalej upływała w pozytywnej atmosferze.

Aramowicz pomimo wielkiego zaangażowania w barwienie stopni miał cały czas baczenie na plac. Zerkał przez okna hali i nasłuchiwał. Czekał na zapowiedziany wczoraj przyjazd Waldemara Gruszy. Liczył na to, że wywoła wystarczające zamieszanie, aby detektyw mógł się na chwilę wymknąć.

Barwienie drewnianych stopni „magicznym sosem”, jak go nazywał Adam, nie było wcale takie proste. Należało nakładać go równomiernie na całej powierzchni tak, aby nie robiły się zacieki. W miejscu, gdzie było go za dużo, natychmiast powstawało wyraźne przebarwienie.

Pokolorowane trepy były opierane do wyschnięcia w każdym możliwym miejscu, a następnie trafiały na paletę w oczekiwaniu na olejowanie.

Karaś przechadzał się po warsztacie w tę i we w tę, niczym dozorca niewolników, strofując każdego, kto mu się nawinął. Sam niewiele robił. Wiktor zachodził w głowę, czy dlatego, że nie było nic innego do roboty, czy w ten sposób podkreślał swoją wyższość nad kolegami?

Kiedy przyjechał Waldemar, przez warsztat nie dało się już praktycznie przejść. Opresyjny sposób na zarządzanie zespołem, który uskuteczniał Daniel, sprawił, że Krystian w końcu nie wytrzymał i zaczął odstawiać zakolorowane trepy w wąskim gardle hali tak, żeby Karaś nie mógł się już do nich przedostać. Poskutkowało. Mężczyzna oparł się o ścianę przy drzwiach wejściowych na plac i z daleka obserwował jak postępuje praca. Kiedy usłyszał warkot silnika i skrzypienie opon na śniegu, wyszedł Gruszy na powitanie.

Aramowicz bacznie obserwował parkujące obok jego samochodu auto Waldemara oraz Daniela, który się z nim wita. Po chwili zaczęli o czymś rozmawiać. Krótka wymiana zdań zakończyła się wybuchem śmiechu Karasia i niewyraźnym uśmiechem Gruszy.

− No, proszę – powiedział Krystian również zerkając przez okno. – Jak najlepsze psiapsi – stwierdził zniesmaczony.

Detektyw nic nie odpowiedział. Wciąż miał nadzieję, że uda mu się zrealizować plan, który obmyślił. Od tego zależało rychłe zakończenie sprawy.

Karaś wraz z Waldemarem zniknęli w drzwiach wejściowych do firmy.

„Wracaj na halę” – myślał gorączkowo Wiktor. – „Wracaj, kuźwa, na halę”.

Po chwili drzwi otworzyły się ponownie, jednak tym razem na plac wyszli Andrzej z Waldemarem. Ten ostatni wyjął paczkę papierosów i zapalił jednego.

Aramowicz wiedział, że to jedyna okazja i niezależnie od Karasia musi robić swoje.

− Pójdę się napić – zakomunikował.

Zdjął nitrylowe rękawiczki i opuścił warsztat. Zastanawiał się, gdzie też mógł się podziać Daniel, ale jak tylko zobaczył włączone światło w toalecie wszystko było jasne.

„A żeby cię tak wciągnęło” – pożyczył mu w duchu i z większą pewnością siebie ruszył do pokoju socjalnego. Tam chwycił swój plecak i wrócił na korytarz. Przystanął na chwilę jak surykatka, nasłuchując, a kiedy uznał, że nie ma zagrożenia, wszedł do biura. Spędził tam mniej niż minutę. Prędko odłożył plecak na swoje miejsce i wrócił do warsztatu.

− Nie wiesz, gdzie wcięło debila? – zapytał Adam odstawiając kolejny pokolorowany stopień.

− W kiblu jest – odparł Aramowicz. – Chyba sra, bo światło mrugało, jak w Egzorcyście. – Uśmiechnął się złośliwie.

− Ha, ha – roześmiał się Krystian. – Ta... Wyrzuca z siebie demony.

Całej trójce łzy pociekły ze śmiechu. Dworowali sobie z Karasia jeszcze przez kilka minut aż do jego powrotu na halę.

− Czekaj, sprawdzę – szepnął Krystian do Wiktora. – Daniel, mogę sobie zrobić przerwę? – zapytał mężczyznę.

− No, chyba cię pojebało – prychnął Karaś.

− Egzorcyzm się nie powiódł – mruknął zawiedzionym głosem Matuszak, na co Aramowicz parsknął śmiechem zapluwając w połowie zakolorowany już stopień.

− Uważaj – skarcił go Adam – bo zaraz zacznie się nad tobą wytrząsać.

Mężczyzna szybko wytarł ślinę i zaczął wyrównywać przebarwienia w kolorze.

Jego dobry humor wynikał głównie z faktu, że powiodła się pierwsza część jego planu. Miał nadzieję, że Alexowi też dopisało szczęście i będą mogli przejść do kolejnego etapu. Przy dobrych wiatrach wszystko jutro się zakończy.

Comments
* The email will not be published on the website.