Śmierć pod gruszą

- ŻÓŁTY DOMEK -


Adam zaczął niebezpiecznie przypominać Daniela. Krystian znał przysłowie mówiące, że kto z kim przystaje, takim się staje, ale nigdy nie było mu dane oglądać takiego procesu na własne oczy.

Chłopak, który zazwyczaj się spóźniał, dzisiaj pojawił się pół godziny przed czasem i razem z Danielem od razu ruszył do warsztatu. Podczas gdy Matuszak pił pierwszy tego dnia łyk kawy, z hali dobiegał już huk maszyn. Po specyficznie modulowanym hałasie mężczyzna stwierdził, że w ruch poszła szlifierka szerokotaśmowa. To oznaczało, że przez sobotę zdążyli zafrezować wszystkie stopnie. Z jednej strony było to imponujące, z drugiej napawało go grozą.

Sam doradzał Szklarskiemu, aby drenował Karasia z wiedzy, ale przez myśl mu nie przeszło, że pójdzie to w taką skrajność. Ponadto Adam, który zawsze był nieco odklejoną od rzeczywistości ciamajdą, zaczynał przejmować cechy osobowości żywcem wyjęte z Daniela.

− Gdzie jest Marcin? – zapytał poirytowany, kiedy Wiktor kończył się właśnie przebierać, a Krystian mył szklankę po kawie.

− Spokojnie, ma jeszcze parę minut – stwierdził Aramowicz, spoglądając na chłopaka zapuchniętymi ze zmęczenia oczami.

− Zluzuj majty – rzucił przez ramię Matuszak – bo zaczniesz gubić włosy, jak Daniel.

− Co go ugryzło? – zapytał detektyw, kiedy Adam nerwowo zatrzasnął za sobą drzwi i wrócił do warsztatu.

− Obawiam się, że Daniel uczy go nie tylko stolarki. – Mężczyzna uśmiechnął się kwaśno, po czym przyjrzał się dokładniej zapuchniętej twarzy kolegi. – Nie spałeś czy płakałeś? – zapytał.

− Taaa... Obudziłem się rano, pomyślałem o robocie i się poryczałem – roześmiał się Wiktor. – Musiałem wziąć valium, aby się uspokoić.

− Nie zostało ci trochę? – zapytał przebiegle Krystian. – Dosypiemy chłopakom do żarcia.

Roześmiali się obaj smutno, po czym ruszyli na halę.

W połowie drogi zadzwonił telefon Aramowicza. Mężczyzna spojrzał na wyświetlacz i przystanął.

− Muszę to odebrać – powiedział.

− Spoko. – Krystian obrzucił go pełnym zrozumienia spojrzeniem. – Powiem Danielowi, że umawiasz lekarza.

− Dzięki. – Aramowicz szybkim krokiem wyszedł na plac, otworzył samochód i wsiadł do środka. Tutaj mógł bezpiecznie porozmawiać, nie obawiając się, że ktoś go podsłucha. – Co tam, Alex? – zapytał do słuchawki.

− Cześć, szefie. Jesteś w zakładzie?

− Tak, a co? – Detektyw zmarszczył brwi. Coś w tonie głosu jego współpracownika wzbudziło jego niepokój.

− Jest tam Andrzej Grusza?

− Jeszcze nie. Alex, o co chodzi?

Mężczyzna sapnął po drugiej stronie słuchawki. Wydawał się zdenerwowany.

− Szefie, on nam przysłał maila – wypalił w końcu.

− Kto? Andrzej?

− Andrzej Grusza – potwierdził głos w słuchawce. – Zapytał, czy nasze biuro detektywistyczne nie spreparowałoby, za dobrą opłatą, dowodów świadczących, że jego zmarła żona go zdradzała.

Oczy Aramowicza rozszerzyły się. Był w podwójnym szoku. Pierwszy był wywołany głupotą Andrzeja. Jak można w oficjalnym mailu, który zostawia wyraźny ślad w systemie, formułować takie pytania? Drugi szok wynikał z faktu, że mail trafił na skrzynkę poczty elektronicznej jego firmy. To znaczyło, że Andrzej Grusza odwiedził stronę internetową jego biura. Jeśli pokusił się, aby zajrzeć w ich KRS, to znalazł tam jego imię i nazwisko.

− Szefie? – Głos Alexa wyrwał go z odrętwienia. – Powinniśmy się martwić?

− Nie wiem – wyznał zgodnie z prawdą detektyw i zamyślił się na chwilę. – Tutaj chodzi o jakieś duże pieniądze – stwierdził w końcu. – A może i o ziemię, na której stoi firma. Dlatego Palickim tak spieszno zamknąć Gruszę, a ten boi się, że dowiedzą się o Joannie i potrzebuje asa w rękawie.

− Dobrze w takim razie, że Marcin siedzi – powiedział Alex.

− Zależy komu kibicujesz – odparł Aramowicz. – Na maila nie odpowiadaj. Musimy zachować zimną krew.

− A twoja przykrywka?

− Myślę, że Grusza wysłał takie zapytanie do wszystkich agencji detektywistycznych w stolicy. Jeśli tak, nie miał czasu na dokładniejsze oglądanie stron internetowych.

− A co, jeśli miał?

Detektyw spojrzał w stronę bramy wjazdowej do firmy. Czarne BMW wtoczyło się właśnie dostojnie na plac.

− Wtedy i tak nic na to nie poradzimy – stwierdził detektyw, gotów stawić czoła temu, co za chwilę nastąpi. – Muszę kończyć, skontaktujemy się jeszcze – zapewnił i wdusił czerwoną słuchawkę.

Mężczyźni wysiedli niemal jednocześnie. Grusza przyjrzał się badawczo Wiktorowi i skinął mu ręką.

− Co ty, dopiero przyjechałeś? – zapytał szczerze zaskoczony.

− Nie – Aramowicz roześmiał się. – Musiałem zadzwonić. – Wskazał na telefon w drugiej ręce. – Umawiałem wizytę u lekarza.

− To chyba była jakaś poważna rozmowa, że się zamknąłeś w aucie?

− Wiesz, niektóre przypadłości są mocno wstydliwe. – Detektyw udał skrępowanie.

− Dobra, masz rację, nie chcę o tym słuchać – roześmiał się Andrzej. – Idziesz na warsztat? – zapytał otwierając drzwi do firmy.

− Tak, a co?

− Przyślij do mnie Daniela. Muszę z nim pogadać – oświadczył i zniknął za drzwiami.

Biuro okazało się dużo bardziej przyjazne, niż gdy był tutaj ostatnio. Nawet puste miejsce Joanny było teraz już tylko pustym biurkiem, które trzeba było zapełnić kompetentnym pracownikiem.

Andrzej usiadł na swoim fotelu, wyjął czystą kartkę i zaczął spisywać, co powinien dzisiaj zrobić. Pracował w ciszy i skupieniu. Kiedy skończył, przyjrzał się zapisanej do połowy kartce i wziął głęboki wdech. Jak mógł tak zaniedbać swoje obowiązki?

− Cześć, Andrzej. – Daniel stanął w progu biura.

− Siema. – Grusza zaprosił go do środka i gestem ręki wskazał krzesło naprzeciwko swojego biurka. – Siadaj.

Karaś łypnął podejrzliwie na miejsce przed Andrzejem, zamknął za sobą drzwi i zgodnie z poleceniem zasiadł naprzeciwko szefa.

Jak dotąd wszystkie sprawy załatwiał na stojąco, więc taka uprzejmość ze strony Andrzeja trochę go zaniepokoiła.

Grusza przełożył papiery na biurku i splótł dłonie na blacie. Przypominał teraz bardziej terapeutę niż właściciela firmy stolarskiej.

− Po pierwsze – zaczął – przepraszam cię za moje zachowanie w zeszłym tygodniu. Miałem pewne problemy, ale już się z nimi uporałem – powiedział.

Daniel w milczeniu skinął głową. Wciąż nie potrafił zrozumieć, dlaczego się tutaj znalazł i czemu Andrzej udaje szefa roku.

Grusza otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale zawahał się.

− Prędzej czy później i tak się dowiecie – powiedział w końcu. – Joanna nie będzie już nikogo tutaj rozpraszać, pogoniłem ją. Od tej chwili koncentruję się wyłącznie na firmie. Wynająłem opiekunkę Zuzi, więc będę miał czas podomykać wszystkie zaległe tematy – wyjaśnił.

Karaś ponownie skinął głową w milczeniu. Nietypowe zachowanie Andrzeja zupełnie go zdezorientowało. Poprawił się na krześle wciąż nie bardzo pojmując, po jaką cholerę się tutaj znalazł.

− Nie umknęło mojej uwadze, jak bardzo byłeś zaangażowany przez te wszystkie lata pracy – powiedział w końcu, widząc na twarzy Daniela oznaki zmieszania. – Postanowiłem przyznać ci dużą podwyżkę i premię na koniec roku.

Karasiowi oczy się zaświeciły. Jego ślinianki zaczęły nagle wydzielać absurdalne ilości sliny. Przełknął ją i skinął z uznaniem głową.

− Dziękuję – powiedział w końcu, wbrew własnej woli. Prawda była taka, że nie miał za co dziękować, te pieniądze po prostu mu się należały.

− Ponadto – kontynuował mężczyzna – mam dla ciebie propozycję. – Spojrzał enigmatycznie na Karasia, jakby mimo wszystko nie był w pełni przekonany do tego, co chce powiedzieć. – Myślę, że w przeciągu pierwszej połowy następnego roku uda mi się wyprowadzić firmę na prostą. Muszę podopinać niektóre sprawy, odzyskać trochę pieniędzy... – Przełknął ślinę, jakby przygotowywał się emocjonalnie do słów, które zaraz padną z jego ust. − Kiedy to już nastąpi, chciałbym, abyś partycypował w zyskach firmy.

Daniel zrobił oczy jak pięć złotych. Zupełnie się nie spodziewał takiego obrotu spraw.

− Udowodniłeś, że mogę ci w pełni zaufać, więc chciałbym, abyśmy razem sprawili, że zakład złapie wiatr w żagle. – Przyjrzał się badawczo Karasiowi. Teraz, po wypowiedzeniu tak ważkich słów, poczuł się trochę pewniej. – Co ty na to? – zapytał.

Daniel siedział oniemiały z otwartymi ustami. Oczy błądziły mu po całym biurze, jakby szukał wskazówki, co powinien odpowiedzieć. Szybko skonstatował, że byłby skończonym debilem, gdyby się nie zgodził. Spojrzał na wyczekującą twarz Andrzeja.

− Partnerzy? – Grusza wyciągnął do niego dłoń.

Karaś wstał i uścisnął ją na znak, że się zgadza. Wciąż nie mógł uwierzyć we własne szczęście.

− O jakich kwotach rozmawiamy? – zapytał z zapałem.

− Wiele będzie zależało od ciebie – odparł Andrzej uwalniając w końcu dłoń z zapalczywego chwytu mężczyzny. – Póki co, muszę podźwignąć firmę na nogi. Bez tego nic nie zdziałamy.

Daniel pokiwał z aprobatą głową.

− No, tak... – mruknął. – Właśnie... Marcin się dzisiaj nie pojawił – poskarżył się. – Wziął wolny piątek i najwyraźniej zachlał – powiedział z pogardą.

− Marcina już raczej nie będzie – stwierdził zagadkowo Grusza.

− Zwolnił się?

− Został aresztowany – powiedział mężczyzna niepewnym głosem. – Dzwoniła do mnie policja, abym złożył zeznania w sprawie.

− O, kurwa... – Daniel był szczerze zaskoczony. Po chwili jednak odzyskał rezon. – To trzeba szybko kogoś zatrudnić – wyrzucił z siebie z prędkością karabinu maszynowego. – Mam jednego człowieka mniej na hali, a jeszcze brak kierowcy...

− Spokojnie. – Grusza uniósł ręce, jakby chciał uspokoić tajfun. – Wszystkim się zajmę – zapewnił. – Powiedz mi lepiej, jak bardzo doskwiera wam brak Janka.

Daniel zastanowił się. Byli na etapie szlifowania stopni. Następnym krokiem było szczotkowanie i położenie koloru. Gdyby miał do dyspozycji jeszcze jednego człowieka, robota z pewnością poszłaby sprawniej.

− Przydałoby się jakieś zastępstwo.

Grusza pokiwał głową.

− Dobra – powiedział po chwili – daj mi trochę czasu. Potem się przebiorę i wam pomogę.

Karaś skutecznie zamaskował zaskoczenie. Jeszcze, nie widział, aby Andrzej tak się angażował. Skinął głową i wyszedł zadowolony z biura.

Kiedy pojawił się ponownie na hali, emanował od niego taki spokój, że zrobiło się aż nieswojo. Wszyscy spoglądali po sobie zaniepokojeni, widząc jak Daniel powolnym krokiem przemierza warsztat, aby usiąść sobie wygodnie na drugim jego końcu.

− Wszystko w porządku? – zapytał Krystian.

− Hmm? – Karaś, wyrwany z błogiej zadumy skierował na niego pusty wzrok.

− Stało się coś? – powtórzył pytanie mężczyzna.

− Nie, dlaczego? – W tym momencie uświadomił sobie, jak raptownie zmienił swoje zachowanie. Nie chciał, aby koledzy czegoś się domyślali, więc postanowił znaleźć im zajęcie. – No, co się tak gapicie? – zapytał, dobrze wszystkim znanym, opryskliwym tonem. – Andrzej zaraz tu będzie, aby nam pomóc. No, na co czekacie, na oklaski? Bierzcie się za sprzątanie – zakomenderował. – Szef nie będzie pracował w takim syfie.

To skutecznie rozproszyło wszelkie zaskoczone spojrzenia. Wszyscy rozbiegli się po całej hali, aby zamiatać, odkurzać i robić więcej miejsca na przejście dla Andrzeja.

− On mówi poważnie? – zapytał Aramowicz, pomagając Matuszakowi przepchnąć obładowaną towarem paletę bliżej ściany.

− Nie mam pojęcia – wysapał mężczyzna. Obaj zerknęli podejrzliwie na wciąż pogrążonego w zadumie Daniela. – Jak dotąd to się nigdy nie zdarzyło. To będzie precedens.

− Czego się wlepiasz, jak sroka w gnat? – dobiegł ich po chwili poirytowany głos Karasia.

Na przeciwko niego stanął Adam ze szczotką w dłoni. Przyglądał mu się niepewnie, po czym odważył się odezwać:

− Myślałem, że oni będą sprzątać, a my coś porobimy... Przepuścimy jakiś materiał, albo...

− No, chyba cię pojebało – przerwał mu ostro Daniel. – Jak mówię, że masz sprzątać, to łapiesz szczotę i zapierdalasz, a nie dukasz mi tu jakieś brednie. – Prychnął na chłopaka i wskazał ręką, aby w tej chwili wykonał polecenie.

Krystian spojrzał rozbawiony na Wiktora.

− Tak się kończą nierozważne sojusze – mruknął.

Aramowicz rzucił okiem na zawiedziony wyraz twarzy Adama, ale nic nie powiedział.

Kiedy kilkanaście minut później krzątali się przy oknie odgruzowując parapet z drobnych elementów i detali, Adam z miną cierpiętnika zamiatał z podłogi kurz wymieszany z pyłem i trociną. Wyglądał na mocno przybitego. Detektyw zdał sobie nagle sprawę z tego, że nie jest mu go żal. Chłopak musiał dostać taką lekcję, aby nauczyć się, komu może zaufać.

Na plac, z duża prędkością, wjechała szara honda. Mężczyźni zerknęli przez okno na porysowany zmatowiały lakier auta i obu naszła ta sama konkluzja – to żaden z klientów.

Po chwili drzwi samochodu się otworzyły a Wiktor zamarł.

Nim mężczyzna i kobieta, którzy wysiedli z hondy, zdążyli rozejrzeć się badawczo po placu, Aramowicz kierował się już w głąb hali.

− Idę do kibla – rzucił przez ramię i po chwili tkwił już zamknięty w toalecie. Z walącym sercem stał przy zewnętrznej ścianie i przyciskając do niej ucho, nasłuchiwał. Nie był w stanie zrozumieć przytłumionych grubą elewacją budynku głosów z zewnątrz, ale po gwałtowności ich wypowiedzi mógł stwierdzić, że wymiana zdań miała miejsce z udziałem skrajnych emocji. Trwało to niemiłosiernie długo, aż w końcu usłyszał głuche klapnięcia drzwi i dźwięk silnika. Kiedy wszystko ucichło, odczekał jeszcze kilka minut nim wrócił do warsztatu.

Niedaleko drzwi dopadł go podekscytowany Adam. Oczy błyszczały mu, jakby dopiero co zobaczył lądujący statek kosmiczny, a na twarzy błądził dziwny uśmiech.

− Gdzie ty byłeś? – zapytał podniecony.

− W kiblu – odparł beznamiętnie Aramowicz. – Co się stało? – zapytał, widząc, jak chłopak z niecierpliwością przestępuje z nogi na nogę. Ewidentnie czekał na to pytanie.

− Kurwa... – zaczął rozbawiony. – Przyjechali rodzice Kaśki.

− Jakiej Kaśki? – detektyw z miną pokerzysty ściągnął brwi.

− No, jak, jakiej? No, tej, co nie żyje.

− Naprawdę? – Mężczyzna wybałuszył oczy. – Po co?

Chłopak roześmiał się obłąkańczo.

− No, więc wysiadają z samochodu i po chwili wydzierają się na cały plac: „Grusza”, „Andrzej”, „Andrzej”, „Grusza”, „gdzie jesteś parszywy morderco?”

− Co ty gadasz?

− No... Andrzej jak wystrzelił z biura, to się prawie wywalił w progu drzwi. Mówi do nich: „Wynoście się, to teren prywatny”, a ojciec Kaśki na to, że to ich ziemia. „Won z mojej firmy” krzyczy Andrzej, a tamci nic. Zaczęli wyzywać go od morderców, gnid, szumowin... – Adam nie wytrzymał i zaniósł się dzikim śmiechem.

Wiktorowi śmiech ten nie wydawał się ani trochę zdrowy.

− Potem – kontynuował chłopak – matka Kaśki zaczęła wykrzykiwać coś o diabłach i piekle... – Znowu wydał z siebie dziki śmiech.

− To takie śmieszne? – zapytał niepewnie Aramowicz.

− Nie – odparł chłopak – ale Andrzej potem krzyczy do nich przez cały plac, aby wypierdalali, bo wezwie policję. Oni na to, że bardzo dobrze, to go od razu zamkną. Potem znowu było coś o diabłach i piekle... A potem – Adam siłą zdusił w sobie rechot – Daniel wybiega na plac i krzyczy: „Zostawcie mojego szefa” – głos się chłopakowi załamał i po chwili wylał się z jego ust szczery chichot.

Detektyw zacisnął usta, aby się nie śmiać, ale wyobraził sobie Karasia z rozwianymi resztkami czupryny, który wybiega w panice, wymachując rękami, bo ktoś śmie obrażać jego chlebodawcę.

− I co? – zapytał z pełnym już bananem na twarzy.

− Tak się wystraszyli, że odjechali. – Adam stał przez moment nieruchomo, po czym niespodziewanie zawołał cienkim przejętym głosem: „Zostawcie mojego szefa” i obaj wybuchnęli śmiechem.

− Że też mnie to ominęło. – Aramowicz pokręcił głową udając zawiedzionego. – A gdzie jest teraz Daniel? – zapytał rozglądając się po hali.

− Poszedł razem z Andrzejem do biura. Pewnie głaszcze go po główce i poklepuje pokrzepiająco po plecach. – Chłopak roześmiał się po raz kolejny i poszedł po odkurzacz.

Detektyw podszedł do wciąż krzątającego się przy oknie Krystiana i zapytał:

− Tak było?

Mężczyzna spojrzał na niego zaciskając usta ze śmiechu.

− Sam bym tego lepiej nie opisał – stwierdził w końcu.

Kiedy jakiś czas później Andrzej zawitał w warsztacie, nie wyglądał na przejętego. Rozmawiał o czymś wesoło z Danielem, któremu również uśmiech nie schodził z twarzy.

− Kuźwa – powiedział głośno, jak tylko znalazł się bliżej swoich pracowników – to jacyś pierdolnięci ludzie. Powinni się leczyć. Kaśka mi mówiła, że są nienormalni, ale dotąd nie wierzyłem.

− Ale zwiewali, nie? – zapytał uradowany Karaś. – Mało kół nie pogubili. – Roześmiał się.

Krystian spojrzał znacząco na Aramowicza. Wiedział, że to nie będzie łatwy dzień.

Kolejne godziny płynęły ślamazarnie. Wszyscy byli speszeni obecnością Andrzeja i bardziej niż zwykle uważali na to, co robią. Tylko Daniel sprawiał wrażenie nienaturalnie swobodnego, podczas gdy to zawsze on najbardziej się spinał przy Gruszy. Krystian zachodził w głowę, co takiego zaszło rano w biurze, że Karaś tak wyluzował.

„Zresztą” – pomyślał – „co za różnica? Ważne, że przy Andrzeju się hamuje i jest znośny”.

Praca na tym samym stanowisku z właścicielem firmy okazała się bardzo ciekawym doświadczeniem. Załoga miała okazję potwierdzić swoje zdanie o Andrzeju, a mianowicie, że nie ma bladego pojęcia o stolarce. Najprostsze rzeczy, które nawet dla Adama były już oczywiste, Gruszy trzeba było tłumaczyć jak małemu dziecku. Po raptem dwóch godzinach takiego funkcjonowania mężczyzna postanowił najwyraźniej zachować resztki autorytetu w oczach swoich pracowników i stwierdził nagle, że musi jechać na spotkanie z prawnikiem. Daniel, który normalnie zacząłby się wytrząsać po wyjściu szefa, teraz milczał. Na jego twarzy panował błogi spokój.

Tak również upłynęła przerwa. Karaś w ciszy jadł kanapki, nie dzieląc się z nikim złośliwymi spostrzeżeniami o pustce intelektualnej innych ludzi.

Kiedy Matuszak usłyszał, że Andrzej będzie im pomagał, spodziewał się aroganckich uwag ze strony Daniela. Tym bardziej po tym, jak Grusza dał popis braku jakiejkolwiek wiedzy stolarskiej. Tymczasem Karaś był ostoją spokoju. Przeżuwał kolejne kęsy kanapki, jakby to była jakaś niezgłębiona forma medytacji.

− Dziwnie się zrobiło, nie? – zapytał Krystiana Wiktor, kiedy po przerwie ruszyli z powrotem do warsztatu.

Ten obejrzał się. Przez szparę domykających się drzwi widział, jak Daniel wciąż siedzi przy stole pisząc jakiegoś SMS-a.

− Jeszcze jak – odparł, kiedy drzwi do pokoju socjalnego w końcu się zamknęły.− O co może chodzić? – Aramowicz zabrał się za odpinanie z wyciągu worków pełnych ciężkiego pyłu po szlifowaniu.

− Aż boję się myśleć – wyznał Krystian, po czym skinął na Adama. – Pomóż mu, co?

Chłopak posłusznie wykonał polecenie. Dopiero kiedy skończyli robić porządek i z powrotem podpinali pod odciąg opróżnione już worki, do warsztatu wszedł Daniel.

− Krystian, ogarnij szczotkarkę – polecił z progu.

− Właśnie z nią skończyłem – odparł mężczyzna zwijając przewód od odkurzacza.

− Super – pochwalił go Karaś. – Jak skończycie z wyciągiem, to podjedźcie nim na środek warsztatu – polecił Wiktorowi i poszedł po paleciak.

Kiedy skończyli ustawiać maszyny i mieli się właśnie brać za szczotkowanie próbnego stopnia, Krystian szturchnął Daniela w ramię i powiedział:

− Odpalaj maszynę, bo stary nadciąga. – Wskazał przez okno na parkujące auto.

Karaś w odruchu położył palce na włącznikach, ale po chwili je zdjął.

− Chuj tam... – stwierdził bez przekonania. – Zaczniemy, jak odjedzie.

Waldemar Grusza wszedł jak do siebie.

− Czółko, panowie – rzucił od progu.

Daniel podszedł i wyjątkowo chętnie przywitał się ze starszym mężczyzną.

− Co dobrego? – zapytał zerkając przez ramię Karasia na przygotowaną do pracy szczotkarkę.

− Powoli kończymy te schody do...

− Co, będziecie szczotkować? – zapytał Grusza ożywiony.

Nim Daniel zdążył cokolwiek odpowiedzieć, Waldemar stał już przy maszynie i zerkał fachowym okiem na wyszlifowaną powierzchnię drewnianego stopnia.

− Nie za słaba ta szczotka? − Zapytał ściągając brwi, jak jubiler, który dostrzegł skazę wewnątrz klejnotu.

− Jeszcze nie były szczotkowane – wtrącił się Krystian zerkając rozbawionym wzrokiem na Daniela.

− No, no... – mruknął Grusza. – Ja tak właśnie myślałem...

„Co robiłeś?” – pomyślał Matuszak, ale słowem się nie odezwał.

− Musimy jeszcze skalibrować maszynę przed próbnym przepuszczeniem materiału – wytłumaczył Daniel.

− A jaki kolor na to idzie? – zapytał Waldemar wyjmując z kieszeni paczkę papierosów.

− Andrzej ma gdzieś zapisany... – odparł ostrożnie Karaś. Podejrzewał, co zaraz usłyszy.

− Bo wiesz, kolor jest w dużej mierze zależny od szczotki na drewnie – mądrzył się mężczyzna. Zrobił minę profesora fizyki molekularnej i macał się po kieszeniach czegoś szukając. – Za mocna szczotka zmieni kolor już nieodwracalnie. – Skrzywił się, jakby ugryzł cytrynę.

− Zawsze będziemy mogli go wymyć wodorotlenkiem, aby trochę rozjaśnić.

Waldemar cmoknął niechętnie.

− No, tak – przyznał – ale to potem widać.

Daniel nie miał ochoty na jałowe sprzeczki, więc postanowił zmienić temat, póki miał jeszcze taką możliwość.

− Czego pan tak szuka? – zapytał nie odrywając wzroku od wciąż błądzących po kieszeniach dłoniach mężczyzny.

− Kurde... Gdzieś posiałem zapalniczkę – wyjaśnił z papierosem sterczącym wyczekująco spomiędzy spierzchniętych warg. – Właśnie... Dawałem ci ostatnio zapalniczkę – przypomniał sobie. – Może ją masz?

Karaś pokręcił głową.

− Nie − odparł krótko. – Do niczego się już nie nadawała, więc ją wywaliłem.

− Szkoda... – Grusza sięgnął ręką do wewnętrznej kieszeni kurtki i rozpromienił się. – Jest. – Gestem zwycięzcy wydobył zapalniczkę i zadowolony podpalił koniec papierosa. Zaciągnął się, wydmuchał dym i przybrał błogi wyraz twarzy. – A Andrzej to jest? – zapytał nagle. – Nie widzę jego auta.

− Powiedział, że jedzie do prawnika i będzie w firmie dopiero jutro. – Daniel z dezaprobatą przegnał ręką wijący się w powietrzu dym papierosowy.

Waldemar zrobił niezadowoloną minę i ponownie zaciągnął się dymem.

Aramowicz przyglądał się tej scenie i przez moment poczuł przejmującą pokusę, aby stanąć bliżej, żeby dym z papierosa owinął go szczelnie jak całun. Otrząsnął się jednak po chwili i zrobił krok w tył.

− Chciałem z nim porozmawiać... – wyjaśnił Grusza. – Wspominał coś o wigilii firmowej? – zapytał.

Karaś przybrał minę zupełnie niezorientowanego w temacie.

Mężczyzna pokiwał smętnie głową na znak, że ubolewa nad jego niewiedzą, ale po chwili się ożywił.

− No, dobrze – powiedział. – W takim razie może jutro będę miał więcej szczęścia.

− A dzwonił pan do Andrzeja? – wtrącił się Krystian.

− Nie odbiera. Pewnie, tak jak mówicie, jest u prawnika.

Grusza uśmiechnął się sztucznie do reszty mężczyzn i pożegnał się z nimi, po czym wyszedł z powrotem na zimny, wietrzny plac.

Daniel przez moment obserwował kątem oka, jak wykręca swoim wysłużonym jasnozielonym volkswagenem, po czym zabrał się za przepuszczenie próbnego stopnia.

Aramowicz przyglądał się z ciekawością całemu procesowi, jednak nie bardzo pojmował, jaki jest cel tych działań. Jedyna różnica, jaką zauważył, była taka, że drewniana powierzchnia, która po szlifowaniu była matowa, teraz zrobiła się jakby wyślizgana. Dopiero Krystian musiał mu wyjaśnić, że szczotki wybierają miększą strukturę drewna, tworząc nierówną powierzchnię. W wybranych przez szczotkę miejscach kolor jest ciemniejszy i bardziej intensywny, co podkreśla wzór drewnianych słojów.

Wiktor przesunął dłonią po powierzchni stopnia i stwierdził, że faktycznie tak jest. Zaskoczyło go, jak prosty i skuteczny jest ten zabieg.

Przeszczotkowanie wszystkich trepów nie zajęłoby im dużo czasu. Jednak ze względu na fakt, że był to końcowy proces produkcji, Daniel wydał polecenie aby z każdym stopniem obchodzili się jak z jajkiem. Jakakolwiek, nawet najmniejsza, wgniotka w drewnie była nie do przyjęcia. To spowodowało, że wszystkie ruchy wykonywali dwa razy dokładniej i dwa razy wolniej.

Chwilę po piętnastej wszystkie przepuszczone stopnie spoczywały już zabezpieczone na palecie. Daniel wyglądał na zadowolonego.

− Bierzcie się za sprzątanie – polecił zwijając przewód elektryczny od ciepłej jeszcze szczotkarki. – Jak skończycie, możecie iść do domu.

Krystian, wstrząśnięty tym, co usłyszał, spojrzał z niedowierzaniem na Wiktora. Ten tylko wzruszył ramionami, jakby chciał powiedzieć: „Ty go znasz dłużej. Mnie nie pytaj”.

− Wiktor – Karaś przywołał go palcem. – Wciśnij szczotkarkę na swoje miejsce, tam, pod ścianę. – Wskazał lukę, z której nią wyjechał. – Potem upewnij się, że w piecu wygasło. Jeśli tak, powyłączaj tam wszystko. Zrozumiałeś, czy mam powtórzyć? – zapytał z kpiącym uśmiechem na twarzy.

Detektyw skinął w milczeniu głową. Operowanie paleciakiem z wielką maszyną okazało się dla niego nie lada wyzwaniem, ale przy trzeciej próbie udało mu się idealnie wpasować w wolną przestrzeń pod ścianą warsztatu. Od razu przed oczami stanęło mu wczesne dzieciństwo, kiedy dostał od rodziców różnokształtne drewniane klocki. Miał za zadanie dopasować je w odpowiednie otwory w pokrywie plastikowego kubełka. Nie przypuszczał, że jeszcze kiedyś wróci myślami do tego wspomnienia.

Kiedy kilka minut później przegrzebywał metalowym prętem popiół na palenisku pieca, zastanawiał się, skąd u Daniela taki dobry humor. Tak jak przypuszczał Krystian, musiało dojść do czegoś w biurze, po przyjeździe Andrzeja... No, ale jak nie wiadomo, o co chodzi, to pewnie chodzi o pieniądze. Być może Karaś dostał od Gruszy podwyżkę.

Aramowicz wyłączył wszystko, co powinien, i już miał gasić światło, kiedy dostrzegł coś na półce obok pieca.

„A to gnida” – pomyślał rozpoznając zapalniczkę, którą Karaś wziął przedtem od starego Gruszy.

Krystian miał rację, Daniel upajał się władzą nad innymi ludźmi i niczym rzymski cesarz na arenie gladiatorów decydował podług własnego widzimisię komu będzie przychylny, a komu nie.

Detektyw pokręcił zniesmaczony głową, zgasił światło i zamknął drzwi do kotłowni.

                                                   

                                                              ###


Wojciech Pruski podjechał autem do końca miejskiego korka przed skrzyżowaniem, wrzucił luz i sięgnął po telefon. Wybrał numer z długiej listy kontaktów i włączył tryb głośnomówiący. Po kilku sygnałach odezwał się niski męski głos.

− Witam, panie Pawle – rzucił mężczyzna do trzymanego w dłoni telefonu. – Wojciech Pruski z tej strony – przedstawił się.

Dłuższa chwila milczenia świadczyła o tym, że rozmówca nie bardzo wiedział, z kim rozmawia.

− Montażysta z firmy stolarskiej „Pod Gruszą” – przypomniał nieco zażenowany tak długą ciszą.

− Aaa... Tak, pamiętam... Witam.

− Panie Pawle, dzwonię, gdyż z końcem roku zrywam współpracę z Andrzejem Gruszą. Zakładam własną działalność – wyjaśnił. – Więc jeśli byłby pan zainteresowany usługami montażu, to proszę dzwonić od razu do mnie. Finansowo obaj na tym skorzystamy.

Głos po drugiej stronie roześmiał się serdecznie.

− Dobrze, panie Wojciechu, będę pamiętał. Życzę wszystkiego dobrego.

− Dziękuję, panie Pawle. Wzajemnie. Wesołych Świąt. – Rozłączył się, wrzucił pierwszy bieg i ruszył.

Zakorkowane ulice Warszawy pozwoliły mu obdzwonić znaczną część klientów z długiej listy w telefonie. Nie zamierzał porzucać firmy Gruszy z pustymi rękami. Nigdy nie otrzymał premii świątecznej, więc postanowił zapewnić sobie chociaż bazę klientów.

Kiedy wjechał w końcu na wylotówkę z miasta, odłożył telefon i skupił się na tym, aby nie pomylić drogi do prywatnego, tym razem, klienta. Mała niegdyś miejscowość pod Warszawą z roku na rok rozrastała się coraz bardziej. Deweloperzy nie próżnowali i stawiali osiedle za osiedlem, ściągając coraz więcej rodzin i rozwijając tamtejszy handel i usługi.

Kiedy po kilkunastu minutach kluczenia zawiłymi uliczkami trafił w końcu pod pożądany adres, zaparkował, wyjął z bagażnika kuferek z narzędziami i ruszył przez równo przycięty podgrzewany trawnik do nienagannie wyglądających drzwi wejściowych.

Po chwili był już w środku. Zdjął buty w sieni i w skarpetkach udał się za gospodarzem do piwnicy.

− Ładnie się pan tutaj urządził – stwierdził Pruski idąc po dębowym parkiecie.

− Trzeba było jakoś zagospodarować tę przestrzeń – odparł mężczyzna i wprowadził go do dużego pomieszczenia. – To tutaj – powiedział. – Chcę z tego zrobić czytelnię i potrzebuję przytwierdzić do ściany te wszystkie regały na książki. – Wskazał na zgromadzone pośrodku pomieszczenia duże kartonowe paczki.

Wojciech rozejrzał się po surowym betonowym sześcianie. Tylko podłoga została wyłożona parkietem, reszta wyglądała jak wnętrze bunkra.

Regały były standardowej konstrukcji, jednak mężczyznę poważnie zaniepokoiła mieszanka, z jakiej wykonano ściany. Po dłuższych oględzinach westchnął.

− Nie obejdzie się bez wierteł do kamienia – zdiagnozował.

− No, dobrze, skoro trzeba... – odparł klient nie bardzo wiedząc, co mu do tego.

− Muszę podjechać do sklepu i kupić kilka – powiedział. – Zaraz będę z powrotem – zapewnił i skierował się w stronę wyjścia.

− Zaraz, zaraz... – Mężczyzna złapał go za ramię. – Jak ostatnio pan u mnie był, też panu czegoś zabrakło i zniknął pan na kilka godzin. Pamięta pan?

Pruski pamiętał. To była sobota, ponad trzy tygodnie temu...

− Specjalnie wstałem wtedy o siódmej, aby się pan uwinął z robotą, a zobaczyłem pana z powrotem wczesnym popołudniem. Jaką mam gwarancję, że teraz też mi pan nie wytnie takiego numeru?

− Panie Macieju – zwrócił się do klienta Wojciech, jakby przemawiał do samego papieża – wtedy miałem do załatwienia sprawę niecierpiącą zwłoki. Już pana raz przepraszałem – przypomniał.

− No, dobra, co było, to było... – Mężczyzna machnął niedbale ręką. – Ale jak mi pan zaraz znowu wywinie taki numer...

Pruski uniósł rękę w geście uległości i postawił kuferek z narzędziami na podłodze.

− Zostawiam go, aby miał pan pewność, że zaraz będę z powrotem.

Mężczyzna pogładził się po nieogolonym podbródku i skinął głową, że zgadza się na taki układ.

Pruski uśmiechnął się jowialnie i wrócił do auta.

− Co za głupi chuj – warknął, gdy tylko zatrzasnął za sobą drzwi od samochodu.

Nim zdążył przekręcić kluczyk w stacyjce zadzwonił telefon. Wojciech spojrzał na wyświetlacz i wyjątkowo złośliwy uśmiech wypełzł na jego twarz.

− No, co tam, Romuś? – zapytał do słuchawki.

Cyryńskiego zaskoczył przyjacielski ton mężczyzny. Odkąd postanowił, że zostanie u Andrzeja, Wojtek traktował go raczej chłodno.

− Cześć... – przywitał się wciąż zbity z tropu. – Słuchaj, mam pytanie o połączenia w drewnie.

− Masz pytanie, tak? Ciekawe... Przez tyle lat wspólnej pracy zupełnie się nie interesowałeś tym, co i jak robię, a teraz jak się zwalniam, to zebrało ci się nagle na pytania, tak? – Pruski był zły na Cyryńskiego, że wolał zostać w firmie i pracować dla Gruszy, niż dla niego. Przedstawił mu całkiem atrakcyjne warunki zatrudnienia, ale chłopak sprawiał wrażenie, jakby nie wierzył, że Pruski zdoła założyć własną działalność.

− No... – Roman nie bardzo wiedział, co powinien odpowiedzieć. – Tak – przyznał w końcu.

− To masz niesamowitego pecha – stwierdził mężczyzna – bo nie prowadzę już konsultacji. Zadzwoń do Roberta, może jest trzeźwy, to ci pomoże. – Z satysfakcją zerwał połączenie, rzucił telefon na fotel pasażera i odpalił silnik.

− Kolejny głupi chuj – mruknął, kiedy wykręcał, i zniknął na końcu ulicy.


                                                              ###


Krystian siedział przed monitorem komputera. Za oknami od dawna panował mrok. Łuna latarni złociła sufit salonu w jego mieszkaniu. Była na tyle intensywna, że nie potrzebował zapalać światła w pokoju. W połączeniu z blaskiem bijącym od monitora zapewniała lepsze oświetlenie niż lampa stojąca przy wersalce.

Mężczyzna przygryzł dolną wargę i przysunął twarz bliżej ekranu, garbiąc się niemiłosiernie. Czuł, jak jego tętno przyspiesza na widok szczegółów wyświetlonych w internecie zdjęć. Ślinianki zaczęły wydzielać duże ilości śliny, kiedy oglądał tę samą scenę z różnych perspektyw. Przełknął ją i oblizał wysuszone wargi. Przepełniało go dziwne uczucie narastającej euforii i podniecenia.

Wszystko zaczęło się jakoś pół roku temu, kiedy przez głupią literówkę w wyszukiwarce trafił na ten portal. Z początku go wystraszył i wzbudził w nim obrzydzenie, jednak ciekawość wzięła górę i zaczął zaglądać tutaj coraz częściej. Im więcej czasu na nim spędzał, tym chętniej do niego wracał. Obrzydzenie ustąpiło miejsca ciekawości, następnie fascynacji, aż w końcu zaczął odczuwać przawdziwą przyjemność. Z początku go to zaniepokoiło, gdyż nigdy się nie uważał za ten typ faceta. Z czasem jednak doszedł do wniosku, że to przecież jak najbardziej ludzkie, nieuniknione.

Przesunął suwak strony w dół aż wyświetliła mu się relacja z kolejnego wypadku. Mężczyzna wpadł pod rozpędzony pociąg. Jego krwawe szczątki rozrzucone były w promieniu dziesiątek metrów. Matuszak przybliżył kadr fotografii na której rozpoznał fragment czaszki ze strzępem twarzy.

Oddech mu przyspieszył.

Do dzisiaj nie mógł zapomnieć emocji, jakie mu towarzyszyły, kiedy razem z Danielem wyciągnęli z gazowni zimne ciało Kaśki. Było w tym obrazku coś magnetycznego. Coś, co spowodowało, że potajemnie zrobił jej kilka zdjęć. Przeglądał je setki, a może nawet tysiące razy. Jeszcze nigdy nie był tak blisko śmierci... Tego mistycznego końca, który bezpowrotnie wszystko zmienia.

Spojrzał na zegarek w dolnym rogu monitora i po chwili wahania zamknął stronę przeglądarki. Nie chciał, aby te widoki mu spowszedniały. Pragnął czerpać z nich wciąż świeże, intensywne emocje. Poza tym miał w planie, aby jeszcze dzisiaj przygotować sobie wypowiedzenie. Przewertował kodeks pracy w poszukiwaniu paragrafu, który umożliwi mu rzucenie roboty od razu, bez okresu wypowiedzenia. Było to o tyle dla niego ważne, że nie dałby wtedy Danielowi szansy, aby go przez ten czas gnębił.

Jakiś czas temu odświeżył swoje CV i zaczął rozsyłać po różnych ofertach. Było mu obojętne, co będzie robił. Pragnął jedynie normalnej atmosfery i spokoju w pracy. Nic więcej.

Wypowiedzenie planował złożyć tuż po świętach, aby od nowego roku być już wolnym.

Kilkoma kliknięciami myszki otworzył szablon ściągnięty z internetu i zaczął go skrupulatnie wypełniać.


                                                              ###


Mieszkanie Aramowicza powoli zaczynało przypominać chlew. Brak wolnego czasu spowodował, że kuchnia i łazienka aż lepiły się od brudu. Znoszone ubrania wylewały się z kosza barwną kaskadą, a podłoga, gdyby tylko mogła mówić, błagałaby, aby ktoś ją chociaż zamiótł.

Detektyw wciąż nie miał jednak do tego głowy. Siedział na kanapie i głowił się nad notatkami sporządzonymi przez okres zatrudnienia w stolarni. Drastycznie odczuwał, że czas mu się kończy. Wciąż nie miał żadnego punktu zaczepienia z wyjątkiem kilku poszlak i domysłów. To jednak nie wystarczało, aby postawić komukolwiek zarzuty.

Przetasował gęsto zapisane kartki i zaczął od początku – od śmierci Katarzyny Gruszy.

Próbował skontaktować się z oficerem śledczym, aby ponownie uzyskać wgląd w akta, jednak mężczyzna przez cały dzień nie odbierał telefonu.

Wiktor zamknął oczy przywołując w pamięci zdjęcia Katarzyny Gruszy leżącej na placu nieopodal gazowni. Odcień szarej sukienki zdążył się już zatrzeć w jego pamięci. Wciąż jednak doskonale sobie przypominał czarną skórzaną katanę, jasnozielone buty i taki sam pasek. Wyraz jej twarzy nie zdradzał nic poza wielkim cierpieniem.

Detektyw wrócił pamięcią do treści zeznań Daniela i Krystiana. Oni pierwsi znaleźli zwłoki, ale co tam wtedy robili? Tego już nie potrafił sobie przypomnieć.

Przyłożył chłodną dłoń do rozgrzanego czoła i próbował się skupić na szczegółach. Przymknął zmęczone oczy i nim zdążył się zorientować, przysnął.

Obudził go po kilku minutach telefon. Zaniepokojony swoim stanem, Aramowicz odebrał połączenie.

− Siema, Alex – powiedział słabym głosem.

− Szefie byłem w tym żółtym domku i...

− Czekaj – przerwał mu detektyw. – Jesteś jeszcze w biurze? – zapytał. – Dobra, zaraz do ciebie przyjadę, to porozmawiamy w cztery oczy.

Po  odłożeniu telefonu mężczyzna przetarł zaczerwienione ze zmęczenia oczy, po czym spakował wszystkie notatki w teczkę, ubrał się i wyszedł.

Kiedy dojechał do biura, akurat zaczął padać śnieg. Zapowiadała się mroźna noc.

Wiktor sięgnął po spoczywającą na siedzeniu pasażera teczkę i ruszył ulicą w stronę budynku, gdzie mieściła się jego firma.

− Co, pada? – zapytał zaskoczony Alex, jak tylko detektyw wszedł do ciepłego biura. Śnieg na ramionach jego płaszcza zdążył już się roztopić, tworząc perlisty wodny nalot.

− Nie, plułem pod wiatr – rzucił ponuro Aramowicz, po czym powiesił płaszcz na wieszaku, rzucił zniecierpliwiony teczkę na swoje biurko i zapadł się w fotelu na przeciwko zgaszonego ekranu komputera.

− Ciężki dzień? – Alex posłał mu zaniepokojone spojrzenie.

− Dzień, tydzień, miesiąc... – Wiktor sapnął. – Wciąż nie mogę dojść do ładu z tą sprawą – wyznał rozgoryczony. – Ledwo się zbliżę do linii horyzontu, aby odkryć, co się za nią kryje, trafiam na kolejny horyzont. – Podrapał się po głowie i po chwili wstał. – Mamy kawę? – zapytał.

− Jest – odparł Alex przyglądając się jak Aramowicz okrąża biurko i kieruje się do aneksu kuchennego. – Chcesz zamknąć tę sprawę z końcem roku? – zapytał. – Myślisz, że Palicki faktycznie nas obsmaruje w prasie? Moim zdaniem to był blef.

− Blef czy nie, mam już dosyć tej śmiesznej firmy stolarskiej – rzucił przez ramię Wiktor sypiąc kawę do kubka. – Chętnie przyjmę nowe zlecenie.

Kiedy jakiś czas później ponownie zasiadł za swoim biurkiem z jedynym słusznym atrybutem ciężkiej pracy w ręku – parującym kubkiem mocnej kawy − dał znak ręką, żeby Alex podzielił się z nim nowymi informacjami.

− W tym żółtym domku mieszka emerytka – wyjaśnił mężczyzna. – Niewiele pamięta z dnia, kiedy zamordowano Katarzynę Gruszę. Dużo więcej zapamiętała z przyjazdu policji.

− Domyślam się – mruknął detektyw i siorbnął łyk gorącego naparu. – Niech zgadnę... Nic nie widziała – powiedział i rozpostarł bezradnie ramiona.

− Z grubsza tak – przyznał niechętnie Alex. – Ale coś jednak zwróciło jej uwagę na tyle, że odnotowała to w pamięci.

− Mianowicie?

− Kiedy w pewnym momencie wyjrzała za okno, zobaczyła jakąś sylwetkę przemierzającą pole naprzeciwko zakładu stolarskiego.

Aramowicz wyprostował się w fotelu tak gwałtownie, że aż kółka zapiszczały.

− O której to było? – zapytał pobudzony.

− Nie ma pewności. Wydaje jej się, że przed południem, ale pod przysięgą by tego nie zeznała.

− A widziała, kto to był? Chłop czy baba? W którą stronę ta postać szła?

− Nie potrafi określić płci, ale oddalała się od firmy.

Detektyw zmarszczył brwi i się zamyślił.

− To prawdopodobnie był nasz morderca – zasugerował Alex.

Wiktor pokiwał głową w milczeniu.

− Po przeciwnej stronie tego pola jest ulica. Niedaleko znajduje się przystanek autobusowy.

− Szukałeś tam śladów? – Aramowicz skierował pełne nadziei oczy na podwładnego.

− Wszystko przykrywa śnieg – odparł współpracownik.

Detektyw ponownie zamyślił się w milczeniu.

− Masz ze sobą materiały? – zapytał w końcu Alex, nie mogąc znieść przedłużającej się ciszy. – Może ja na coś wpadnę.

Mężczyzna pokiwał głową, ale nie sięgnął po teczkę. Na jego twarzy malował się intensywny wysiłek intelektualny.

− Kurde – powiedział w końcu – cały czas mam wrażenie, że coś mi umyka... Tak jakbym zobaczył znajomą osobę w tłumie, ale nie potrafił powiedzieć, kto to taki i która to była twarz.

Alex już dziesiątki razy widział Wiktora w tym stanie i doskonale wiedział, że jeśli ten sam nie odpuści, to może tak siedzieć nawet do jutra.

Sięgnął po papierosy i skierował się na balkon.

− Ładnie sypie – stwierdził zobaczywszy białą, półprzeźroczystą zasłonę spowijającą ulice pod nim. – Ma szef zapalniczkę? – zapytał po chwili.

− Co? – Wyrwany z zamyślenia Aramowicz rozejrzał się zdezorientowany.

− Zapalniczka mi się wypaliła – oświadczył Alex.

Wiktor sięgnął do kieszeni i po chwili jego zapalniczka poszybowała w oczekujące już dłonie współpracownika.

Alex podpalił papierosa i już miał ją odrzucić, ale detektyw nakazał gestem dłoni, aby ją zatrzymał. W końcu ograniczał palenie.

To był jeden z szybszych w życiu papierosów mężczyzny. Nasilający się mroźny wiatr skutecznie wygonił go z powrotem do ogrzewanego pomieszczenia biura.

− Ale masakra – skwitował pogodę Alex i przyglądał się jeszcze przez szybę śnieżnej zamieci, która szczelnie przykryła miasto.

− Wiem – rzucił w pewnym momencie Aramowicz. – Wiem? – zapytał jednak sam siebie po chwili i znowu się zamyślił.

− Wiesz, co ci umknęło? – zainteresował się Alex.

Detektyw przygryzł język i składał wszystkie fakty do kupy, aby otrzymać logiczny ciąg wydarzeń.

− Wiem, kto ją zabił – powiedział w końcu. – Tylko nie wiem czy jesteśmy w stanie cokolwiek mu udowodnić. – Ponownie się zamyślił.

Alex wyjątkowo nie lubił tych stanów u Wiktora. Odnosił wtedy wrażenie, że pracuje dla osoby z autyzmem.

Zmarszczki na czole Aramowicza w końcu się wygładziły. Spojrzał na współpracownika i uśmiechnął się przebiegle.

− Zrobimy tak... – zaczął.

Comments
* The email will not be published on the website.