
- PALICCY -
Alex powiesił kurtkę na wieszaku i włączył komputer. Czarny prostopadłościan zawarczał cicho, zawibrował i po chwili na monitorze pojawiło się okienko logowania. Mężczyzna wpisał hasło i nie czekając na dalszy rozruch systemu poszedł zrobić sobie kawę.
Firmowy ekspres nie działał od kilku tygodni, więc nalał wody do czajnika elektrycznego i włączył grzanie. W międzyczasie nasypał do szklanki dwie czubate łyżki kawy rozpuszczalnej i jedną łyżkę cukru. Nim woda się zagotowała, zdążył jeszcze podlać rośliny stojące na oknie i zamieść na szybko błoto, które wniósł na butach do biura.
Z parującą szklanką usiadł przed komputerem i paroma kliknięciami myszki wszedł na portal informacyjny. Nigdzie nie znalazł wzmianki o wczorajszej akcji. Szkoda... Byłby fajny artykuł promocyjny do powieszenia na ścianie.
Mężczyzna upił łyk gorącej kawy i zaczął od niechcenia przeglądać najświeższe informacje. Nim zdążył się obejrzeć, był już na profilu polskiej policji i oglądał nagranie z zatrzymania groźnego dilera narkotyków. Policyjna skoda zajechała mu drogę na ulicy, po czym czterech zamaskowanych policjantów w asyście wsparcia obezwładniło bandziora, zakuło w kajdanki i zawlokło do radiowozu.
„Przynajmniej nie był w samych gaciach” – pomyślał rozbawiony, przypominając sobie kilka słynnych zatrzymań dokonanych w domach przestępców. Przez moment zastanawiał się, dlaczego w zasadzie każdy mafijny zakapior śpi w samych gaciach? Przecież to komicznie wygląda, jak ich wyprowadzają. Z drugiej strony, czy wyglądaliby poważniej w piżamie w liście marihuany? Albo w pistolety?
Alex zakrztusił się kawą, kiedy wyobraził sobie taką scenę. Zgasił okno przeglądarki, rozparł się wygodniej w fotelu biurowym i oparł nonszalancko nogi na biurku. Skłębione myśli opuściły tematy służbowe i przywiodły go do żony. Jakiś czas temu poruszyła temat dziecka. Zaskoczyła go, bo dotąd nie chciała wziąć odpowiedzialności nawet za psa. Może jej niedawne trzydzieste trzecie urodziny tak na nią wpłynęły? Wszystkie jej przyjaciółki były już spełnionymi matkami od przynajmniej kilku lat.
Mężczyzna pociągnął solidny łyk mocnej kawy. Czy był gotowy na dziecko? Na wszystkie wyrzeczenia z nim związane? Na jeżdżenie po lekarzach, ślęczenie nad lekcjami, dodatkowe wydatki?
Westchnął zamyślony. Charakter pracy, jaką wykonywał, wykluczał dziecko w jego życiu. Wiktor miał tylko jego w agencji i tylko na nim mógł polegać. Alex wiele mu zawdzięczał i nie chciał go zawieść. Z drugiej strony może nadszedł czas na dalszy rozwój firmy i zatrudnienie kolejnego pracownika?
Zgrzyt klamki obwieścił przybycie Aramowicza.
− Dzień dobry, szefie. – Alex wzniósł szklankę w geście powitania.
− Kopyta z biurka – polecił detektyw, jak tylko zamknął za sobą drzwi.
− Tajest. – Alex niechętnie postawił nogi na podłodze i wyprostował się w fotelu.
Aramowicz powiesił płaszcz na wieszaku i poszedł zrobić sobie kawę.
− Ciężka noc? – zapytał Alex dostrzegając potężne wory pod oczami mężczyzny.
− Krótka – odparł Wiktor.
Kilka minut później zapadł się w fotelu przy swoim biurku. Oparł głowę o zagłówek i przymknął zmęczone oczy. Kubek z kawą grzał niemiłosiernie w przemarznięte ręce detektywa.
− Dowiedziałeś się czegoś ciekawego? – zapytał po chwili milczenia Alex.
− Mmmm...? – Aramowicz otworzył niechętnie ciężkie powieki.
− Wikliński. Powiedział coś?
Mężczyzna wziął głęboki wdech, jakby zbierał się do nadludzkiego wysiłku, po czym wyprostował się w fotelu, odstawił kawę na biurko i spojrzał mętnym wzrokiem na podwładnego.
− Miałem nadzieję, że przysłuży się bardziej, może nawet się przyzna.
− To nie on? – zapytał zaskoczony Alex. Był niemal przekonany, że pomógł złapać sprawcę morderstwa.
− Twierdzi, że nie miał z tym nic wspólnego. – Aramowicz siorbnął łyk gorącej kawy. Odstawił kubek i otworzył usta, jakby chciał coś powiedzieć, ale milczał. Starał się pozbierać myśli i ułożyć je w logiczną wypowiedź. Brak snu skutecznie mu w tym przeszkadzał. – Powiedział, że – zaczął w końcu, ważąc każde słowo – miał romans z Kaśką. Spotkali się kilka razy, przespali kilka razy, ale kiedy zorientował się, jakie z niej ziółko, chciał to ukrócić. Ona zaczęła go szantażować, aby wciąż sobie na nim używać. W tym czasie darła już koty z Andrzejem na całego. Kiedy w końcu rozpoczęła się procedura rozwodowa, Marcin postanowił się odegrać. Teraz to on przejął pałeczkę szantażu, że jeśli mu nie zapłaci, powie Andrzejowi o ich romansie, a wtedy sąd orzecze jej winę i nic nie dostanie na do widzenia.
− Otrzymał pieniądze? – zapytał Alex.
− Twierdzi, że miała mu zapłacić w poniedziałek. W weekend została zamordowana – przypomniał.
− A jego fałszywe alibi?− Przed śmiercią Kaśki planował z kumplem skok. W dzień jej śmierci spotkał się z nim, aby omówić szczegóły. Dlatego skłamał policji. Bał się, że coś wywęszą.
Alex pokiwał głową ze zrozumieniem. Wszystko miało niestety sens.
− Po śmierci Katarzyny – kontynuował Wiktor – postanowił się odizolować, aż sprawa nieco przycichnie. W międzyczasie obejrzał jakiś filmik w internecie o złocie inwestycyjnym i zapalił mu się w głowie nowy pomysł. Ponownie spotkał się z kumplem, aby to obgadać, ale został zbyty. Dopiero po jakimś czasie doszli do porozumienia i zaczęli planować ten napad wspólnie. – Aramowicz wypił łyk kawy. Niemal czuł, jak kofeina rozchodzi się po jego żyłach ożywiając całe ciało. Wziął głęboki orzeźwiający wdech.
− Opowiedział, jak to wszystko przebiegło? – zapytał zaciekawiony Alex.
− Nie pytałem – przyznał detektyw. – To nic nie wnosi do sprawy. – Wiem tylko, ze wstępnych ustaleń policji, że nawet gdyby nie doszło do pościgu, i tak wypadliby z drogi na jakimś zakręcie.
Alex spojrzał zaskoczony.
− Być może plan mieli dopracowany w każdym szczególe, ale samochód, którym uciekali, miał letnie opony – wyjaśnił. – I to łyse jak ten typ z internetu.
Alex się roześmiał. Nic mu tak nie poprawiało humoru, jak ludzka głupota.
− Był pewnie zaskoczony, kiedy skręcił kierownicą, a auto pojechało prosto – stwierdził zadowolony.
− Myślę, że równie zaskoczony, jak wtedy, kiedy wszedłem do pokoju przesłuchań – powiedział Aramowicz, przypominając sobie wybałuszone oczy Wiklińskiego.
− Wie, że zostałeś wynajęty?
− Nie tłumaczyłem mu tego. Niech będzie skołowany. To na pewno przysłuży się sprawie.
− A ten jego wspólnik? – Alex dopił kawę i wstał umyć szklankę.
− Adrian Jucha. Potwierdził wszystkie zeznania. Bardzo akcentował fakt, że to nie był jego pomysł. Tak samo, ten trzeci... Jak mu było? – Detektyw zastanowił się krótką chwilę. – Marek... jakiś tam. Umyli od wszystkiego ręce.
− Jakby to było ważne – prychnął Alex znad zlewu.
− Na jakimś etapie śledztwa, kto wie... – Aramowicz wlał w siebie kolejny łyk ożywczego naparu. – Niestety, w żaden sposób nie naprowadza nas to na mordercę.
− Wyeliminowaliśmy jednego z podejrzanych, i to dosłownie. To już coś. – Alex odstawił czystą szklankę na suszarkę i wytarł ręce. – Szkoda tylko, że nie mamy co powiedzieć rodzicom Katarzyny Gruszy.
Aramowicz spojrzał na Alexa umęczonym wzrokiem. Bardzo lubił moment zamykania śledztwa, kiedy prawda wychodziła na jaw i mógł się nią podzielić ze zleceniodawcą. To sprawiało mu ogromną satysfakcję, nie tylko na poziomie zawodowym, ale też osobistym. Bywały jednak takie dni jak dzisiaj, kiedy w rozmowie z klientem musiał się ograniczać do sztywnych nic nie znaczących formułek, które miały za zadanie go uspokoić, ale nie przekazywały żadnych informacji. Prostackie mydlenie oczu, którym posługiwali się wszyscy politycy.
− Będę lał wodę – wyznał niechętnie. – Jak na maturze z polskiego. – Westchnął.
− A może Wikliński kogoś wytypował, tylko nie chce się wysypać – zmienił temat Alex. – Może znowu kogoś szantażuje?
− Nie omieszkałem go o to zapytać. – Aramowicz odstawił firmowy kubek i roztarł obolały ze zmęczenia kark. – Powiedział, że na jego nos to robota Daniela.
Alex pokiwał głową rozważając zasłyszaną informację.
− To możliwe? – zapytał w końcu.
− Prawie każdy, kogo bym tam zapytał, chętnie obarczyłby winą Daniela. Wcale im się zresztą nie dziwię – stwierdził, przypominając sobie, jak potraktował Janka. – Problem polega na tym, że ma alibi. Był z rodziną w zoo. Policjanci nie potwierdzili tego w ogrodzie zoologicznym, ale widzieli bilety. Jedynymi osobami, które mogą uczynić to alibi żelaznym, są jego żona i dzieci.
− Nie rozmawiałeś z nimi jeszcze? – Alex przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu paczki papierosów.
− Jak na złość pokłócili się. Zabrała dzieciaki i pojechała do rodziców.
− Wiadomo dokąd?
− Nie wiem, czy nawet Daniel to wie. – Wiktor westchnął bezradnie i spojrzał na współpracownika. – Alex – powiedział – zrób coś dla mnie i nie pal w mojej obecności. Staram się ograniczać fajki.
Mężczyzna zatrzymał się w pół ruchu podpalania papierosa i spojrzał zaskoczony na szefa.
− No... okej – odparł. – Wyjdę na balkon.
− Dzięki.
Podczas gdy Alex delektował się osmalaniem sobie płuc na mrozie, Aramowicz zdążył dopić kawę i przejrzeć pozostawione do podpisu papiery na jego biurku.
Niecały kwadrans później zadzwonił domofon. Mężczyźni spojrzeli na siebie porozumiewawczo. Aramowicz wstał wpuścić rodziców Katarzyny Gruszy, a Alex poszedł wstawić wodę. Kilka minut później we czwórkę siedzieli w niedużym pokoiku konferencyjnym.
Państwo Paliccy ubrani byli stosownie do wrażenia, jakie chcieli wywrzeć na mężczyznach.
Jolanta Palicka założyła spódnicę, golf i marynarkę. Wszystko czarne jak noc, aby podkreślić swój życiowy dramat.
Leon Palicki ograniczył się tylko do czarnych spodni. Koszula wyzierająca spod brązowego swetra w serek była ciemnozielona.
Jak tylko usiedli, złapał żonę wspierająco za rękę, choć na jego twarzy trudno było wyczytać jakikolwiek smutek.
− Panie Wiktorze – zaczął – nie wiem, czy został panu przekazany cel naszej wizyty – powiedział powoli, jakby z wysiłkiem.
Jego pomarszczone starością policzki falowały przy każdym słowie, jak flaga szarpana wiatrem. Spojrzał na detektywa głęboko osadzonymi w czaszce oczami.
Aramowicz nie potrafił wyczytać z nich nic poza zmęczeniem życiem.
− Poznałem cel państwa wizyty – odparł. – Aby jednak uniknąć nieporozumień, chętnie usłyszę go bezpośrednio od państwa.
− Proszę pana – odezwała się niespodziewanie Palicka – minęły już prawie trzy tygodnie, od kiedy zajął się pan tą sprawą. Chcielibyśmy wiedzieć, jak długo to jeszcze potrwa. Kiedy aresztujecie Andrzeja? – Jej umalowane usta drżały przy każdym wypowiadanym słowie. Ściskała rękę męża, zupełnie jakby przeżywała w tym momencie śmierć córki na nowo.
Aramowiczowi z pewnością byłoby jej żal, gdyby nie obserwował jej oddechu. Był spokojny. Zdecydowanie za spokojny jak na emocje, które przed nim odgrywała.
− Pani Jolanto – zaczął ostrożnie – mam pełną świadomość, jaki dramat państwo przeżywają. Zapewniam, że robimy wszystko, co w naszej mocy, aby doprowadzić tę sprawę do rychłego końca. Ponieważ jesteśmy jednak w trakcie działań operacyjnych, nie jestem w stanie zdradzić państwu zbyt wielu informacji o przebiegu śledztwa.
− Tak trudno mu to udowodnić? – oburzyła się Palicka. – On zamordował moje dziecko – wyrzuciła z siebie rozdzierającym tonem. – Powinien gnić w więzieniu, a nie...
− Pani Jolanto – przerwał jej detektyw. – Proszę się uspokoić. – Podał jej chusteczkę do nosa. – Jak już mówiłem, traktujemy tę sprawę priorytetowo. Chodzi tu o zabójstwo, więc musimy zebrać solidny zestaw dowodów, aby nie oskarżyć kogoś niewinnego.
− Jak niewinnego? – oburzył się Leon Palicki. – Jeszcze za jej życia to był skończony drań. Już wtedy powinno się go skazać. – Huknął pięścią w stół.
− Proszę państwa – Aramowicz uniósł dłonie w uspokajającym geście – zapewniam, że jak tylko zdobędziemy solidne dowody, niezwłocznie doprowadzimy sprawę do finału. Sprawiedliwości stanie się zadość, a osoba, która zamordowała państwa córkę, odpowie za to przed sądem – zapewnił detektyw.
Paliccy spojrzeli po sobie zaskoczeni.
− Jaka osoba? – zapytał zszokowany ojciec Katarzyny Gruszy.
− Twierdzi pan, że kto inny mógł ją zabić? – Jolanta Palicka prychnęła oburzona. – Kogo wy tam szukacie? Przecież jasno wam powiedzieliśmy, kto jest za to odpowiedzialny. Andrzej Grusza. Jej mąż. Ten bydlak.
− To oburzające. – Leon Palicki podniósł się z miejsca. – Nie płacimy wam za szukanie wiatru w polu, a za udowodnienie winy tego padalca Gruszy. – Wbił rozwścieczone spojrzenie w nieporuszonego detektywa.
− Śledztwo przybiera nieraz niespodziewany obrót – stwierdził spokojnie Aramowicz. – Czasami trzeba wykluczyć resztę podejrzanych, aby udowodnić winę sprawcy. Proszę państwa o cierpliwość i zachowanie zimnej krwi. Skontaktujemy się z państwem, gdy będziemy dysponować konkretnymi dowodami. – Detektyw wstał z miejsca sygnalizując, że spotkanie dobiegło końca.
− Ostrzegam pana – Ojciec Katarzyny Gruszy pogroził palcem Aramowiczowi. – Ja mam liczne kontakty w prasie. Jak do końca roku Grusza nie zostanie aresztowany, tak pana obsmaruję w mediach, że natychmiast zawinie pan tę swoją śmieszną agencyjkę. – Pomógł żonie wstać z krzesła i skierowali się do drzwi.
− Przypominam, że to państwo przyszli do nas – zauważył Alex, nim wyszli.
− Drugi raz nie popełnimy tego błędu – rzuciła przez ramię Jolanta Palicka i po chwili opuścili biuro.
Aramowicz siedział niewzruszony wpatrując się w otwarte drzwi do pokoju konferencyjnego.
− Dobrze poszło – podsumował spotkanie Alex. – Nikt nowy nie zginął.
Aramowicz westchnął i spojrzał na swoje poczerniałe od kontaktu z dębem dłonie.
− A mogłem zostać motorniczym tramwaju – stwierdził gorzko. – I przycinać takich ludzi drzwiami.
Alex klepnął go pocieszająco po ramieniu.
− Będzie dobrze – zapewnił. – Przed końcem roku dorwiemy sprawcę.
− Obyś się nie mylił. – Aramowicz wstał od stołu i ruszył do drzwi. W połowie drogi zatrzymał się i obejrzał. – Przesłuchałeś już mieszkańców tego żółtego domku przy stolarni? – zapytał.
− W poniedziałek się tym zajmę – zapewnił mężczyzna. – Naprawdę policja tego nie zrobiła? – Wciąż nie mógł uwierzyć.
− Byli zaskoczeni, że po sąsiedzku ktoś w ogóle mieszka. – Detektyw machnął ręką zrezygnowany. – Szkoda gadać.
Alex pokręcił głową z niedowierzaniem.
− I tak to właśnie wygląda – powiedział gorzko. – W internecie chwalą się spektakularnymi akcjami zatrzymań i aresztowań, a od kuchni wieje amatorszczyzną.
− Mają dużo na głowie – powiedział Aramowicz. – I słabe szkolenie.
Przeszli do biura. Alex otworzył szafę z aktami i zaczął szukać konkretnej sprawy, a detektyw założył płaszcz i skierował się do wyjścia.
− Nie siedź za długo – przykazał współpracownikowi. – Poświęć trochę czasu żonie.
− Dzięki, szefie. – Alex skinął ręką. – A ty? – zapytał nagle. – Może byś do nas wpadł na obiad albo kolację?
− Chciałbym, ale muszę jeszcze przesłuchać kilka osób. – Potarł w zamyśleniu podbródek. – Wciąż mam wrażenie, że coś mi umknęło... Nie wiem tylko, co.
Aramowicz pożegnał się z Alexem i wyszedł z ciepłego biura z powrotem na zimne, wietrzne ulice brudnej stolicy.
###
Janek odstawił szczotkę i spojrzał na sporych rozmiarów kupkę trocin na podłodze warsztatu. Całe pomieszczenie wypełniał wzbity w powietrze włosiem szczotki pył i kurz, tworząc mistyczną siwą mgłę. Chłopak wziął zmiotkę i ukląkł na posadzce zagarniając trocinę do szufelki, którą następnie przesypał do wysokiego wiadra.
Trzasnęły drzwi na plac.
Janek podniósł wzrok znad trociny, jednak podmuch powietrza z dworu posłał mu w oczy unoszący się pył. Temblak przymknął powieki czekając, aż łzy spłuczą z gałek ocznych drobinki brudu.
− Kto tu jest? – zapytał słysząc zbliżające się kroki. – Daniel? To ty?
Kiedy kroki ustały, otworzył w końcu oczy i zamrugał niewyraźnie kilka razy. Tuż przed nim z mgły wyłoniły się długie damskie nogi. Chłopak prześlizgnął się po nich wzrokiem i wstał powoli.
− To ty... – powiedział cicho, kiedy stanął twarzą w twarz z kobietą, która weszła.
− A kogo się spodziewałeś? – zapytała Katarzyna Grusza. – Tego idioty, Daniela czy tego pajaca, mojego męża?
− Po co przyszłaś? – Chłopak zawiesił wzrok na odsłoniętym dekolcie bluzki, w którą była ubrana. – Znowu mam coś podpisać? – zapytał zniecierpliwiony.
Roześmiała się.
− Nie, głuptasie. Tym razem masz coś przeczytać – odparła.
− Co takiego?
− Mnie. – Zrzuciła czerwony płaszcz na zamiecioną posadzkę. Opadający materiał i tak wzbił w powietrze mały tuman kurzu. – Czytaj mnie jak długo chcesz. – Wypięła zachęcająco pierś.
Janek przyjrzał się jej łakomym wzrokiem. Cienki materiał bluzki opinał się zmysłowo na jej pełnym biuście, a lekko rozchylone usta niemal krzyczały aby je pocałował.
Chłopak zrobił krok w stronę kobiety. Lewą ręką złapał ją w talii, a prawą przeczesał powoli jej włosy. Chwycił za nie nagle i brutalnie odchylił jej głowę do tyłu. Jęknęła zaskoczona.
− Spierdalaj, dziwko – wyszeptał jej do ucha i z całej siły cisnął nią w stronę frezarki wielowrzecionowej.
Kaśka zatoczyła się, potknęła i wylądowała tułowiem na szerokim wózku maszyny. Chwilę potem Janek już przy niej był. Przywiązał ją liną do metalowego zimnego wózka.
Kobieta szarpała się, machała bezwładnie rękami, ale nie była w stanie sięgnąć Temblaka. Ten, jak tylko skończył, roześmiał się oglądając swoje dzieło.
− Teraz cię przeczopujemy – ogłosił i podszedł do pulpitu maszyny.
Jeden frez po drugim ożywały, generując coraz głośniejszy hałas. Wirujące ostrza cięły powietrze i wzbijały niewielkie chmury pyłu zalegającego w maszynie. Na sam koniec zabuczał odciąg. Dwa pękate worki foliowe rozdęły się, ujawniając w swoich wnętrzach małe tornada z zaciągniętego pyłu.
Katarzyna Grusza miotała się teraz jak mucha schwytana w pajęczynę. Janek przyglądał się temu i zaczął się śmiać. Śmiał się tym głośniej im głośniej krzyczała przerażona kobieta.
W końcu chwycił za wózek i powoli sunął nim w kierunku pierwszej głowicy frezującej. Rozpędzone ostrza ścięły pukiel odstających włosów, który błyskawicznie został wciągnięty przez odsys.
Chłopak z fascynacją przyglądał się, jak wirujący frez przybliża się coraz bardziej do głowy kobiety. Kiedy był już naprawdę blisko, zatrzymał wózek. Pochylił się nad Kaśką i napawał przerażeniem w jej oczach. Nie słyszał, co krzyczała ale pewnie błagała o litość.
Janek znowu się roześmiał i zdecydowanym ruchem pchnął wózek dalej. Rozpędzony frez zachrobotał o kość. Krew trysnęła na wszystkie strony. Wnętrze rozdętych plastikowych worków wyciągu zaszło czerwienią.
− Unmenschlich – roześmiał się wesoło Temblak wciąż pchając z oporem wózek czopiarki. – Unmenschlich.
Chłopak otworzył oczy i rozejrzał się po sali szpitalnej. Wciąż słyszał swój śmiech, trochę inny niż ten we śnie.
− O, kurwa – mruknął i spojrzał na kroplówkę podłączoną do wenflonu. – Zajebisty towar.
Znowu się roześmiał.
− Unmenschlich – przypomniał sobie słowo ze snu.
Opadł z powrotem na poduszkę i zamknął oczy przypominając sobie sen na nowo.